<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Angmar blog RPG &#187; Szpadą i Devirią</title>
	<atom:link href="http://angmar.adminbros.com/?feed=rss2&#038;cat=13" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://angmar.adminbros.com</link>
	<description>Blog "Sekty RPG"</description>
	<lastBuildDate>Thu, 12 Aug 2010 18:54:04 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.0.1</generator>
		<item>
		<title>List z frontu</title>
		<link>http://angmar.adminbros.com/?p=237</link>
		<comments>http://angmar.adminbros.com/?p=237#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 10 Nov 2009 09:21:51 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Endaer</dc:creator>
				<category><![CDATA[Szpadą i Devirią]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://angmar.adminbros.com/?p=237</guid>
		<description><![CDATA[Mrok. Krajobraz jak z sennego koszmaru Królowej Devirii. Zapach unoszący się w powietrzu każdego bogobojnego karianitę powinien przyprawić o bojaźń bożą. Słońce ostatnimi promieniami oświetla niewielką kępę drzew, która ostała się po magicznym ostrzale sporego wcześniej lasku. Wszędzie gdzie wzrok sięga, z pylistej czarnej ziemi, wyrastają małe wypalone pieńki drzew. Na zwalonym pniu, a może [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Mrok.</p>
<p>Krajobraz jak z sennego koszmaru Królowej Devirii.</p>
<p>Zapach unoszący się w powietrzu każdego bogobojnego karianitę powinien przyprawić o bojaźń bożą.</p>
<p>Słońce ostatnimi promieniami oświetla niewielką kępę drzew, która ostała się po magicznym ostrzale sporego wcześniej lasku. Wszędzie gdzie wzrok sięga, z pylistej czarnej ziemi, wyrastają małe wypalone pieńki drzew. Na zwalonym pniu, a może powykręcanej armacie, siedzi mężczyzna. Jego strój wyraźnie świadczy że brał udział w tej walce. Szczątki kapelusza walają się pod nogami apatycznie stojącego gniadosza. Kurta przepalona i pocięta niemal spada mu z ramion. Jedynie trzy sztuki broni wyglądają lepiej: rapier oparty o to zwalone drzewo, muszkiet stojący obok i zdobyczna elfia szabla zwieszająca się z końskiego siodła. Mężczyzna powolnymi, spokojnymi ruchami doprowadzał się do porządku.</p>
<p>&#8230;Nagły szelest&#8230;</p>
<p>Wężowym ruchem mężczyzna rzucił się po muszkiet. Szczęknięcie zamka. Przez kępę drzew, z determinacją głodnego wilka, coś się przedzierało. Jak w zwolnionym tempie, lufa muszkietu przesuwała się by skierować w stronę przedzierającej istoty. Tu w Agarii mógł to być i wilk i niedźwiedź i człowiek, ale równie prawdopodobne było, że wśród drzew znalazł się demon, elf, czy ork. Każda z tych istot byłaby groźna, ale też muszkiet nabity poświęconymi kulami każdą z nich w miejscu usadzi. I stąd właśnie ten wyścig między lufą a stworem z lasku. Jeśli żołnierz wygra, deviria, czymkolwiek by była, sama poczuje bojaźń bożą, jeśli nie zdąży, ma szansę dziś jeszcze sprawdzić czy kazania Księży mówią prawdę.</p>
<p>-Panie! To ja! Rovan!! – Ten krzyk w ostatniej chwili zastopował przesuwanie lufy. Żołnierz wiedział już że nie zdąży broni na czas tak skierować by jednym strzałem wroga usunąć, ale nawet postrzał mógł mu uratować życie. Szczęście Jedynego, nie trzeba było. Z trudem przełknął ślinę. Wysuszone gardło odmawiało posłuszeństwa.</p>
<p>-Belewić! Na ogon Kusiciela! Żyjesz! Co tu robisz? – Widząc swojego ordynansa, Jvan Daniević niemalże odzyskał typowe dla siebie poczucie humoru. – Skądeś się tu wziął człowieku? Myślałem że &#8230; – nie dokończył. Wstrząsnął nim suchy kaszel. Wachmistrz, zerwał bukłak z łęku i rzucił dowódcy. Już po chwili kaszel przeszedł.</p>
<p>-No jak Panie. Przeca to zborne miejsce. Tu być miało w parowie za krzyżem żelaznym. – Wachmistrz uśmiechnął się radośnie. Krzyża już nie było. Stopił się od ognia magicznego. Lasu też nie było. Obaj siedzieli w jego pozostałościach. A jednak Daniević przyjął takie wyjaśnienie. W Agarii, tak blisko frontu, człowiek się o takie rzeczy nie pyta. Przyjmuje podane wyjaśnienia i cieszy się że nie rozumie. Zrozumienie jest bowiem znacznie groźniejsze niż niewiedza. Zupełnie inaczej niż gdziekolwiek indziej w Dominium.</p>
<p>-Przywiozłem Panie wasze juki. Możecie się przebrać, czy co. Mam tu wszystko. – Belević od lat wiedział jak zadowolić swojego pana. Robił to zresztą niemalże z potrzeby serca. Belevicie od pokoleń służyli Danieviciom i zawsze przy tym wychodzili na swoje. Czemu więc Rovan miałby czynić inaczej.- Mam też, Panie, pergaminy. – Daniević uśmiechnął się z wdzięcznością, mocując w tym czasie z czystą kurtą. Ordynans dobrze go znał. Porucznik bowiem niemal każdego dnia słał listy. Nie do żony jednak, nie do kochanki, czy ukochanej, tylko do siostry, która z pomocą Jedynego, żyje z dala od tego koszmaru. Jvan nigdy nie był w Kartinie. Nigdy nie widział dworu na którym jego siostra mieszka służąc wielkiej damie. Jest jednak wdzięczny losowi, że ona tam jest i że jest bezpieczna. Każdego dnia pisze też do niej listy, choć nie może ich codziennie wysyłać. Teraz te listy spłonęły. Były przecież w jukach, ale dzięki Belewiciowi, może napisać nowy. Ten list będzie przy tym ważniejszy niż inne jakie słał. W ciągu miesięcy jakie nadejdą, Sylvia może dowiedzieć się o nim rzeczy strasznych, a porucznik nie mógł, nie tylko nie chciał, ale po prostu nie mógł pozwolić jej na nieznajomość całej prawdy.</p>
<p>Ogień płonący w niewielkiej jamie, osłonięty ze wszystkich stron, pozwalał zagrzać strawę i dawał sporo ciepła, ale przy tym bardzo mało światła. Nie jest łatwo pisać w takich okolicznościach, ale dla Jvana Danievicia jest to codzienność. Wie, że litery będą nieco kostropate i nierówne, ale wie też że będą czytelne i że to wystarczy jego siostrze.</p>
<p align="right"><em>Dnia 17 czerwca, roku pańskiego 1570</em></p>
<p><em>Kochana Sylvio.</em></p>
<p><em>Jak ciężko mi skreślić te słowa. Nigdy dotąd nie miałem z tym tak wielkich trudności. Jednak tak jak nigdy dotąd Ci nie skłamałem, tak i teraz nie mogę. Pewnym jest że w ciągu miesięcy które nadejdą usłyszysz o swym bracie wiele rzeczy jakie wydać Ci się mogą odstręczające. Wiedz jednak kochana, że cokolwiek usłyszysz ja nigdy nie popełniłem niczego, czego mógłbym się wstydzić. Może też być tak, że ktoś będzie Cię nawiedzał pytając o mnie. Nie bój się i odpowiadaj z całą uczciwością. Masz na to moje przyzwolenie, a wręcz nakaz ci czynię, nie jest bowiem moim pragnieniem narażać Cię w jakikolwiek sposób. Wiedz też, moja droga, że minąć może długi czas zanim ponownie list mój do Cię dotrze. Nie czynię tak z nagłej niechęci jakowej, ani złości na Ciebie. Nie pragnę też byś się zamartwiała. Minąć musi czas jakiś aż ślad mój nieco mniej czytelnym będzie nim ponownie odważę się słać wieści. Nie ze strachu o siebie przecie, a o Ciebie, byś nie stała się ofiarą czynów moich.</em></p>
<p><em>Drżę Siostro, na myśl samą, jak też odbierzesz moje proste, żołnierskie słowa. Znajduję Cię w swym sercu niegotową na takie prawdy. Może jednak mylę się i krew twoja agaryjska dość Cię przygotowała, byś znieść mogła wszystko. Czym dłużej jednak będę o tym myślał, tym trudniej będzie mi wyznać wszystko. Cóż mi więc pozostaje. Czas zacząć tę spowiedź.</em></p>
<p><em>Takoż Ty, jako i ja, pochodzimy z Agarii. Kraj to przez wojny rozrywany od czasów niemal niepamiętnych. Różne to były wojny i różne ich powody. Dziś toczy się tu wojna ze złem. Tu zwalczanie deviria jest niczym chleb powszedni. Tu nie o rację chodzi. Czy oni ją mają, czy my, dla walczących to za jednako, bowiem liczy się tylko jedno. Kto przetrwa te zmagania, ten będzie zwycięski i tego racja będzie. Kto przegra, tego sprawa zapomnianą będzie i odejdzie w niepamięć. Zapewniam cię. Póki tchu nam w piersiach starczy, my z Agarii, przetrwamy i słuszność będzie po naszej stronie. To cyniczne, powiesz. I rację mieć będziesz, tyle że prawda ta prosta wiodła naszych ojców, dziadów i ich dziadów. Walczyli dla sprawy aż do zwycięstwa i ich zwycięstwem było to, że się nigdy nie poddali. Księża prawią nam, że za Jedynego walczymy. I pewnie tak właśnie jest, ale Oni jedynie prawdę tę tak widzą. Dla nas liczy się przetrwanie. Ach powtarzam się. Czynię tak jednak nie po to, by język mój ubarwić, a po to by sprawę tę podkreślić. Do Agarii różni ludzie zjeżdżają. Jedni w imię Jedynego. Inni po łupy. Jeszcze inni po sławę i wielkość. Część się ukrywa, a część czyni co tylko może, by zauważonymi zostać. My, rdzenni tego kraju mieszkańcy, walczymy już tylko o przetrwanie. Nie łudź się kochana. Tak samo było gdyśmy po stronie Doru się opowiedzieli. Nie było wówczas sprzymierzeńców żadnych, a wróg był liczny i potężny. Pewną była więc przegrana. Zniszczenie, albo przetrwanie. Wolność duszy, czy wolność od wojny? Wybraliśmy i teraz musimy przyjąć konsekwencje wyboru. Wolnym ludem jesteśmy i nikt władzy nad nami nie sprawuje. Sami też władzę rozciągnęliśmy nad kilkoma z sąsiednich ludów. Nasze dusze doczekają też zbawienia jakiego nie zaznają nasi wrogowie. Cóż z tego, jeśli pogrążyliśmy się tym wyborem w wiecznej wojnie.</em></p>
<p><em>Kiedy mówię MY, to nie tylko o Agarii w ogólności mówię, ale i o naszej rodzinie. Danievicie bowiem od pokoleń stają do walki i płacą swoją daninę na poczet zbawienia. Daniević stał na polu walki z Doryjczykami. Daniević wspierał radą tych, co zrozumieli że tego wroga przegnać się nie da i był jednym z pierwszych, który przyjął nową wiarę i świadczył przed wodzami plemion że jest ona prawdziwa i słuszna. Danievicie ruszyli też do walki, gdy przyszedł czas wznieść broń przeciw wrogom z ziem dalszych jeszcze niż Agaria. Taki widać nasz los.</em></p>
<p><em>Wiesz Siostro, że domu naszego, w którym się oboje narodziliśmy nie ma już. Szczęściem, że Ciebie w nim nie było, kiedy wojna go pochłonęła i obróciła w gruzy. Ty chociaż mi pozostałaś, kiedy Ojca i Matki zabrakło.</em></p>
<p align="center">»Tu, na list padły krople niespodziewanych i niechcianych łez«.</p>
<p><em>To co zwane było Davickim Zakolem, ziemią przytuloną do pięknej Grzmiącej Rzeki, to teraz miejsce walki dwóch wrogich i nienawidzących się armii. Nie ma dnia by ziemi tu nie rosiła krew obu walczących stron. Nic tu już, poza krukami, żyć nie może. Gdy wzrok podniosę, mimo że zmrok już zapadł widzę w powietrzu chmary tych strasznych ptaków krążących nad polami bitew. Są to najszczęśliwsze stworzenia w tej udręczonej krainie.</em></p>
<p><em>Wzrok mój padł właśnie na skreślone słowa. Ileż w nich patosu. Ileż bólu i udręki, których tak bardzo pragnąłem ci oszczędzić. Jak bardzo oddaliły się od tego co chciałem Ci przekazać. Spróbuję więc powściągnąć mą rękę i pisać dalej o tym co pragnę przekazać najbardziej.</em></p>
<p><em>Jak wiesz, Ojciec nasz, Goran Daniević, był jednym z najlepszych chyba pułkowników w Agarii. Tak dla mnie, ja i wielu innych był jak niedościgniony ideał wodza. Był nauczycielem największych generałów, przyjacielem najdoskonalszych dowódców. Jednak największym chyba osiągnięciem Jego życia byłaś Ty moja Siostro i ja sam. On to wszak nas wychował gdy Matka nasza i reszta ojcowej rodziny zginęli. On, własnymi rękami odbudował nasz dom, gdy front tymczasowo przesunął się dalej na zachód. Nie zdołał jednak ujść, gdy się cofnął. Zginął, tak jak żył. Z odwagą i honorem. Wcześniej zaś przekazał nam całą swą wiedzę i mądrość. Ty odziedziczyłaś po nim siłę do przetrwania na obczyźnie po tym jak nasz dom spłonął. Ja natomiast zamiłowanie do wojaczki i, śmiem tak mówić, talent do tego. Był na tyle skutecznym nauczycielem, że przekazał mi nie tylko jak walczyć i wygrywać, ale też jak się nie poddawać apatii i pozostać człowiekiem honoru. Jak, wreszcie, nie zatracić się w świecie niekończącej się wojny. Wierzaj mi Siostro. Niezwykle łatwym jest pogrążyć się w żądzy mordu, zniszczenia i nienawiści. Niezmiernie łatwo przemienić się z prawego człowieka w bestię. Dużo trudniej taką bestię okiełznać nie stając się tchórzem, ani zdrajcą. Piszę o tym nie bez powodu. Widzisz. Tu, na froncie, gdzie każde kazanie Księży staje ucieleśnione, łatwo się zapomnieć. Czasem strach przed ZŁEM i zwykła wśród żołnierzy nienawiść do obcego sobie wroga, objawiają się zachowaniami poniżej ludzkiej godności. [...]</em></p>
<p>Spora dolina skrywa piękny ogród. Posypane żwirem alejki wiją się w skomplikowanym tańcu wokół klombów i rabat. Gdzieś tu szemrze woda, spływając po kaskadach do wodnych oczek, gdzie indziej skryte w gąszczu altanki owiewa powietrze schładzane przez malownicze fontanny. Ogród jest jednocześnie tajemniczy i piękny. Istne dzieło sztuki.</p>
<p>Po alejkach, pracując spokojnie, wędruje ogrodnik. Tu coś przytnie, tam przesadzi, ówdzie wyprostuje. Gdzieś tam, pomiędzy klombami krążą jego pomocnicy wykonując drobne prace, pielęgnując kwiaty, czyszcząc fontanny i dbając o porządek i czystość. Choć to ciężka praca, to dla starszego kartinczyka, stanowi sens życia. Dba o te rośliny i stara się by wszystko było jak należy. Jest cichym świadkiem toczących się tu spraw, szemranych rozmów, małych radości i wielkich smutków. Nie jest w tym osamotniony. Posiadłość Midiasów pełna jest takich jak on ludzi. Jedni są miejscowi, inni przyjezdni. Część pozostaje lojalna wobec rezydentów, inni jedynie wobec właściciela. To jednak dla ogrodnika nie ma najmniejszego znaczenia.</p>
<p>Szelest. Ogrodnik, zaskoczony, obronnym ruchem nad którym nie panuje, ustawia w tą stronę swoje nożyce. Sama obecność kogokolwiek o tej porze go przestraszyła. Wieczorami bowiem ogród pustoszeje. Jest zbyt skomplikowany by szybko go opuścić, a do tego szybko robi się tu chłodno. Jego zaskoczenie potęguje się gdy w głębi altanki, na ławce dojrzał panienkę Sylvię. Ta piękna młoda agaryjka jest osobistą służką Pani Anieli i nie powinno jej tu być. Zaniepokojony tą myślą, ogrodnik obrzucił altanę spojrzeniem. Nie. Nikt nie krył się w podcieniach, więc to nie jest schadzka. Na marmurowej posadzce leży list, ewidentnie wypadł jej z dłoni.</p>
<p>-Panienko? – Nie musiał nawet udawać zaniepokojenia. Była blada i roztrzęsiona. – Czy coś się stało? Mogę jakoś pomóc? – Dziewczę obrzuciło go niewidzącym wzrokiem i obdarzyło ulotnym uśmiechem. Nie był to normalny uśmiech, ale dla ogrodnika wystarczający. Sam też się uśmiechnął. Poderwała się. Poprawiając gwałtownie suknię zaczęła się zbierać do odejścia mnąc w ręku jakąś tkaninę. Ruszyła. Ogrodnik podążył za nią spojrzeniem. – Panienko, upuściłaś, Pani! – Mimo wieku, ogrodnik sprawnie podniósł list i pogonił za niewiastą.</p>
<p>Odeszła. W ręku trzymała list. Z jej postawy sądzić by można że cięższy jest niźli miecz doryjczyka, jednak jej oczy bez przerwy na niego padały, a ręka niemal nieświadomie unosiła tak, by wygodnie było czytać w trakcie marszu.</p>
<p><em>[...]</em></p>
<p><em>Bo musisz zrozumieć, że my tu działamy zgodnie z rozkazami. TO ważne żebyś rozumiała kochana. My musimy przetrwać. Gdy walczymy, to nasi wrogowie nie mogą przez nasz przejść. Ale nie mogą też wrócić do siebie. Wiem jak to brzmi. Lecz jeśli Księża mają rację, to te istoty nie mają dusz! Tylko czy można być tego całkiem pewnym! Gdy dochodzi do walk to tylko jedna ze stron wraca do domu, zwycięzca. Oni bowiem mają podobne rozkazy.</em></p>
<p><em>Pisałem Ci kiedyś, że niepokoi mnie mój dowódca. Niby nie powinien, a jednak. Karyjczyk. Zawsze elegancki. Zawsze odziany w czerń. Kim był? Skąd przybył? Czemu został naszym dowódcą? Teraz, gdy o tym myślę wydaje mi się że być może wiem. Gdy Książę Stefko tworzył naszą Kompanię, szukał ludzi skutecznych, nie koniecznie grzeszących łagodnością. Wybrał jednak nieco niefortunnie. Baron Karadzić, nasz Wódz był chyba najbardziej brutalnym wodzem w tej części frontu. Był jednak skuteczny. A mój dowódca był jego ulubieńcem. Dobrali się w korcu maku!</em></p>
<p><em>Z trudem się powstrzymuję by nie kląć! Same myśli o tym człowieku doprowadzają mnie do granicy wybuchu.</em></p>
<p align="center">»Tu karta pergaminu została przebita gwałtownym uderzeniem«.</p>
<p><em>Zły to był człowiek. Gdyby w Zwiadzie więcej było takich jak on, służba tu byłaby nie tylko nieznośna, ale też poniżej godności szlachcica.  Szczęściem, a może w wyniku niespodziewanego uśmiechu Jedynego, moi podwładni byli żołnierzami za których warto żyć i umierać. Wieleśmy zdziałali. Nie tylko wroga szukaliśmy, nie tylko sprowadzali ich w pułapki. Było i tak, żeśmy ratowali naszych z niewoli i to nie tyko z Wolnej Kompanii, ale też innych oddziałów, jak choćby Kordyjskiego Zacięznego. Ba! Raz zdarzyło nam się ratować braci zwiadowców z Cynazyjskiego Mieszanego, wraz z ich piękną panią porucznik z rąk prawdziwych demonów. Pisałem ci o tej sprawie i Nordyjce, ich dowódcy, we wcześniejszych listach, alem pominął obecność demonów. Teraz nie będę pomijał. Bowiem widzisz Siostro. W Agarii demony wyskakują z kazań jak słowa z ust cynazyjskiego poety!</em></p>
<p><em>Jedyne, co w tamtym czasie psuło moją radość, to obecność KarGabena. Takież nazwisko nosił mój dowódca. Nazwisko to jest mi nieprzyjemnym i nie zamieszczałbym go tu, gdyby nie zrządzenie losu kierujące widać moją ręką. Człek ów, jak każdy karyjczyk, zdał się pobożnym karianitą. Cytatami z Księgi Proroka, każdego potrafił onieśmielić, również kapelana naszego, znanego ci z listów moich Roberto Bessierri. Cóż z tego, że nie był on człowiekiem! Nawet nie zwierzęciem! Potworem chyba, lecz wzdragam się z porównywaniem go deviriami, gdyż zbyt dużo godności by mu to nadało. Jakiż czynów on nie popełnił zasłaniając się rozkazami, tego ci nie powiem nigdy. Ni tobie, ni nikomu, nawet poddany torturom Świętego Oficjum zmilczę jego czyny. Dość ci powiedzieć że znieważał kobiety. Nie tylko elfki, choć te sobie upodobał. Sprawiał że umierały długo, w bólach, wielokrotnie pohańbione i poddane torturom, co obserwował z klinicznym spokojem i ciekawością sadysty. Nieraz dniami całymi poddawał te biedne potępione istoty torturom tak wymyślnym i straszliwym że najtwardsi żołnierze bledli. Skargi jakie pisaliśmy, słowa jakie z naszych ust wychodziły powinny doprowadzić go przez oblicze Księcia, albo i w ręce inkwizytorów, bośmy podejrzewali że opętany był. Coś jednak, ktoś może, chronił go i dawał wolną rękę w tym dziele. Z czasem jednak, jego chore apetyty wzrosnąć musiały, bowiem męczenie branek już mu nie wystarczało i zaczął sięgać po dziewki, towarzyszące zawsze wojsku, markietanki.</em></p>
<p><em>Zrozum kochana Sylvio. Coś takiego w całym Dominium sprowadziłoby na KarGabena karę ostateczną. Nie tym jednak razem. Był bezkarny! Złość mnie nadal trzęsie, mimo że potwór ten nie psuje dłużej świata swoją osobą. Ciężko mi przyznać, że nic nie zrobiłem. Tak jednak było, choć do czasu.</em></p>
<p><em>Widzisz bowiem. Mam pewną tajemnicę, której nie chciałem Ci nigdy zdradzać. Nie jest tak, że się tego wstydzę, lecz nie jest to coś, czym mąż honorowy powinien chwalić się przed kimkolwiek, a już nigdy przed damą. Miałem bowiem kochankę. Była szlachcianką. Jedną z tych, których udało się nawrócić gdy Dominium uderzyło przez Grzmiącą Rzekę. Kiedy deviria powróciły, takich jak ta kobieta pozbawiono wszystkiego i przegnano. Tu, w strefie wojny, dla takich kobiet jest tylko jedno zajęcie. Nie jest to chwalebne, bowiem nie kochałem jej. Grzała mi jedynie łoże i zajmowała moimi sprawami na kwaterze. Układ normalny tu na froncie. Czego oczekiwała? Nie wiem. Może wystarczało jej że mój żołd był na nią przeznaczony? A może liczyła, że nasz związek się pogłębi? Nigdy się nie dowiem! Czemu? Bowiem ten&#8230; to&#8230; ów potwór, udający człowieka, zapragnął jej kiedy byłem na froncie wiodąc naszych żołnierzy do boju. Jakież musiało być jego zaskoczenie, gdy czyniąc jej to, co wielokrotnie czynił, natknął się na kobietę dumną i krewką! W wyniku gwałtownej szarpaniny, KarGaben (o czym wiemy od kompanijnego medyka) stracił część swej męskości! Piszę to nie bez satysfakcji, choć to był dopiero początek kary, jaka ostatecznie nań spadła! Niestety, moja przyjaciółka i tak zginęła. Choć w dniu w którym powróciłem żyła jeszcze, to nie można jej już było uratować. Uwierz mi Siostro kiedy Ci powiem, że osoba wprawnie nawłóczona na pal jest w stanie żyć naprawdę długo!</em></p>
<p><em>Jak ciężko mi pisać o tych sprawach, przerywając twoje słodkie i bezpieczne życie. Błagam cię tu! WYBACZ MI. Nie mogłem jednak postąpić inaczej.</em></p>
<p align="center">»Tu pismo staje się na chwile nieczytelne«.</p>
<p>[...]</p>
<p>Wiedziony impulsem, nad którym nie panował, Belević ocknął się. Przedrzemało mu się. Dzień był męczący i Pan Daniević na pewno to rozumie. Jednak dla ordynansa jest to niewybaczalne. Wiedział że porucznik jest zajęty, że nie będzie czujny jak zwykle, a jednak pozwolił sobie na sen.</p>
<p>Cóż go jednak obudziło? Poderwał głowę sięgając jednocześnie po krócicę. Pozornie, gdyby ktoś to obserwował, sługa jedynie poprawił się na swoim miejscu. W rzeczywistości z rozleniwionego i na wpół uśpionego, zmienił się w czujnego i groźnego woja. Nic się jednak nie działo. Konie nadal leniwie przysypiały przywiązane bezpiecznie za pierwszym rzędem drzew. Stary wachmistrz polegał na ich instynkcie nawet bardziej niż na swoim. Doświadczenie uczyło, że znacznie wcześniej wyczują one obecność zwierząt i złego.</p>
<p>Uspokojony, sługa, rozejrzał się po obozie. Ogień właśnie się dopalał. Być może to właśnie go przebudziło. Wędrując po dziczy człowiek uczy się by nigdy nie spać na raz całej nocy i reagować na najmniejszą zmianę otoczenia. Nie da się bowiem czuwać całej nocy, ani nawet jej połowy, nie będąc później zbyt zmęczonym by działać. Rovan dorzucił do ognia przywracając go pożądanego stanu. Daniević nadal siedzi nad swoim listem, ale jego postawa świadczy wyraźnie, że śpi&#8230; Stary wiarus podniósł się na tyle miękko, na ile pozwalały mu stare kontuzje i zesztywniałe mięśnie. Z zaciśniętej dłoni swego Pana wyjął pióro, następnie uratował przed spaleniem list, co stałoby się niewątpliwie, gdyby tylko zdarzyło mu się ruszyć. Wszystko sumiennie schował w woreczku z gęsto plecionego materiału nasączonego tłuszczem i pociągniętego lakierem tak by był niemal wodoodporny. Uśmiechnął się do podopiecznego nakrywając go derką. Twarz śpiącego Danievicia wyglądała tak spokojnie, jak już dawne stary sługa nie widział.</p>
<p><em>[...]</em></p>
<p><em>Nie mogę się już zatrzymać. Muszę wyznać wszystko, choć grozi mi to bólem serca i, być może, utratą Twojej miłości droga Siostro. Wrócę więc do mej opowieści.</em></p>
<p><em>To, co KarGaben uczynił wtedy, w czasie mojej nieobecności, ostatecznie oddzieliło go od ludzkości. W swym okrucieństwie posunął się za daleko. Tak dla mnie, jak dla innych, przebrała się miara jego zła. Szukać przeto zaczęliśmy jak zbrodnie jego karze poddać. Przełożeni nasi zdali się zainteresowania żadnego nie przejawiać, przeto samiśmy działania podjęli. Wiedz, że lud okoliczny dawniej już zbrodniami jego rozsierdzon, zemstę przeprowadzić próbował. Jednak żołnierze karnie swego dowódcę bronili. Tego dnia w oczach naszych porozumienie było. Pułapka, rzecz do przewidzenia, nieskuteczna wobec ostrzeżonego, tym razem miała być dla niego zgubną. Tak droga Siostro. Samiśmy, łamiąc wszelakie rozkazania i przyrzeczenia w pułapkę dowódcę zwabili. Stojąc wokół, chroniąc lud pospolity przed interwencją z zewnątrz, samemu czasem rękę przykładając, patrzyliśmy jak go chłopi rozwłóczają. Kłonicami biją. Cepami miażdżą męskość. Widłami przeszywają, zadając śmierć w bólach, śmierć niegodną szlachcica.</em></p>
<p align="center">»Tu ponownie na list padły krople gorących łez«.</p>
<p><em>Spytasz pewnie czy żałuję, czy poddam się karze, jeśli sprawa się wyda? Powiem ci, że żal mnie ogarnia na myśl, iżem wcześniej sam sprawy nie rozwiązał. Honorowo mogłem na pojedynek wyzwać i o uśmiech dodatkowy szablą przyprawić. A TAK, SZABLĄ. Na broń karianicką potwór nie zasłużył. Ale &#8230;</em></p>
<p><em>Było jak było. Czasu nie odmienię. Sprawa się wydała. Wszak KarGaben, będąc kim był, oficerował nam. Nie mógł czyn nasz całkiem przejść bez echa. No i koneksje miał. To zrozumiałym samo przez się przecież. Bez nich takich zbrodni bezkarnie popełnić zdolnym by nie był. Spodziewaliśmy się, że koniec z nami. Sąd polowy. Zdrada! Śmierć przez powieszenie, jak zdrajcom przystoi. Ale nie. Widać ten i ów z dowództwa armii o sprawie wiedział i choć Karadzicia ominąć nie zdołał w drodze do książęcego ucha, to kiedy fakt już zaistniał, osłonić zdołał sprawców całego zajścia.</em></p>
<p><em>Wolnymiśmy byli i z zarzutów oczyszczeni. Bracia żołnierze takoż o sprawie wiedzieli. Była to wszak pierwsza sprawa radująca dusze odkąd serca nasze obciążyło zniszczenie Cynazyjskiego Mieszanego. Jednak sprawy koniec to nie był. KarGeben w swych przyjemnościach osamotnionym nie był, co pokazały miesiące najbliższe. Nie jeden raz, gdy bitwa najokrutniejsza była ich knowania ludzi moich szarpały. Dowodów nie miałem, alem przysiągł św. Cyneuszowi, że nigdy zła takiego nie odpuszczę, tom jednego po drugim na pojedynek wyzywał. Raz jedno raniomym został, tak jednak okrutnie, żem na kilka miesięcy do łoża zległ. Wtedy się dowiedziałem. Takiego zachowania armia tolerować nie będzie. Usunięto mnie i innych, co zostali przy mnie. Kazano nam się zabrać i odejść, póki ponownie nie wezwą.</em></p>
<p><em>O dziwo, wezwali dnia tego, którego list ten piszę. Wielki atak. Każde ręce potrzebne by wroga odeprzeć. Poszlim tedy. Walka była okrutna. Razem z Beleviciem siedzimy w tym co pozostało po lesie Danieckim. Tak kochana Siostro. Nawet lasu już nie ma! Ciężko mi na duszy, że muszę ci o sprawie tej całej opowiedzieć. Wierzę jednak że znając moje powody nie potępisz mnie tak całkowicie i w sercu twym znajdzie się choć ślad współczucia i miłości dla mnie. Nie proszę o nic więcej. I to będzie dla mnie dość. Pragnąłbym jednak wiedzieć czym potępion w oczach twoich, czy może nie winien niczemu. Ciężko mi będzie, w obliczu tej niewiedzy, stawiać czoło siepaczom, jakich z pewnością opiekunowie KarGabena poślą by go pomścić. Czy będą to jednak potwory, czy Karyjscy Rycerze. Wiedz Siostro jedno. Walczyłem przeciw Orkom i Elfom. Kilka więcej potępionych istot różnicy mi nie czyni. A choćby to byli i święci. Karyjczykom też czoło stawię!!</em></p>
<p align="right"><em>Twój brat.</em></p>
<p align="right"><em>Jvan</em></p>
<p>Pokój.</p>
<p>Promienie popołudniowego słońca świecąc prosto w okna padają na młodą niewiastę. Jej strój nie jest za bogaty. Ot prosta suknia, której krój wyszedł już z mody pewnie i rok temu. Szal tkany otacza wąską kibić, na stopach delikatne trzewiczki. Całość prosta i funkcjonalna doskonale pasowałaby na osobistą służącą wielkiej damy. I tak właśnie było. Sylvia Daniević była właśnie kimś takim. Damą do towarzystwa i osobistą służącą Pani Anieli Midias, jednak z najmożniejszych, choć może nie najbogatszych, pań w Kartinie. O jej związkach z dworem papieskim krążą w towarzystwie plotki. O jej synu Lucjuszu i jego sławnym pojedynku, opowiadane są anegdoty. O posiadłości którą zamieszkuje snuje się chwalebne opowieści. Wszystko to jednak zupełnie nie dotyczy Sylvii. Młoda dwórka bowiem jest w tej chwili daleko. Za morzami, w kraju który nie jest już jej krajem, ale jego pieśń dźwięczy niechciana w jej żyłach.</p>
<p>Gwałtowne, spazmatyczne westchnienie.</p>
<p>Ból słyszalny w głosie, ból widziany w postawie agaryjki.</p>
<p>Jej śniada skóra, teraz jest blada. Jej krucze włosy, zdają się pozbawione połysku, a jej piękne, piwne oczy, utraciły cały, typowy dla nich blask.</p>
<p>Na ziemi leży list. Kilka pogniecionych kart pergaminu zmieniło jej dotychczasowe życie. Niewiasta czuje jednocześnie ból, strach, dumę i poniżenie. Tak wielu rzeczy nie wiedziała. Tyloma, nawet nieświadomie, gardziła. Teraz pozostaje jej tylko wstyd i głębokie współczucie skierowane do brata. Człowieka, którego nie widziała od prawie dziesięciu lat, człowieka, którego nie zna. Co go czeka? Jakie trudy napotka, jakich wrogów? Czemuż Jedyny tak bardzo zapragnął go doświadczyć?</p>
<p>Po twarzy Sylvii Daniević spłynęła pojedyncza, gorąca łza.</p>
<p style="text-align: right">Retrus i Endaer</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://angmar.adminbros.com/?feed=rss2&amp;p=237</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Arani de Miis</title>
		<link>http://angmar.adminbros.com/?p=233</link>
		<comments>http://angmar.adminbros.com/?p=233#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 09 Nov 2009 13:14:19 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Endaer</dc:creator>
				<category><![CDATA[Szpadą i Devirią]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://angmar.adminbros.com/?p=233</guid>
		<description><![CDATA[Słodkie ciepło karczmy. Zapach pieczonego mięsa i gotowanej kapusty zmieszana z niezapomnianą wonią zetlałego piwa i dawno niemytych ciał. Między gośćmi, zwykle uzbrojonymi i niebezpiecznymi, krąży mały złotowłosy aniołek. Każdemu kojarzy się z małym kotkiem bawiącym się włóczką, albo szczeniakiem goniącym za ogonem. Słowem, śliczny cielaczek. Wszyscy goście byli pod wrażeniem jej wdzięku i urody, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Słodkie ciepło karczmy. Zapach pieczonego mięsa i gotowanej kapusty zmieszana z niezapomnianą wonią zetlałego piwa i dawno niemytych ciał. Między gośćmi, zwykle uzbrojonymi i niebezpiecznymi, krąży mały złotowłosy aniołek. Każdemu kojarzy się z małym kotkiem bawiącym się włóczką, albo szczeniakiem goniącym za ogonem. Słowem, śliczny cielaczek. Wszyscy goście byli pod wrażeniem jej wdzięku i urody, nawet jeśli to chłopskie dziecko. Dzieweczka grzeczna i miła. Roznosiła przystawki przemykając między nogami, stołkami i stołami z wprawą baletnicy.</p>
<p>***</p>
<p>-Co wam podać Księże prałacie?- Arendarz musiał być nieco wprawiony skoro poznał. Anton deMorra był pod wrażeniem. Zwykle takie przydrożne zajazdy znajdowały się w rękach tłumoków co najmniej, a nieuków na pewno. Ten Arendarz wydawał się nieco inny. Więc&#8230;</p>
<p>-Co tam macie najlepszego.- Odął wargi. Był wybredny, był strojny, był dumny. Czuł niemal fizyczną niechęć do wypełniania poleceń, podróżowania i podlizywania się miejscowym biskupom. ON BYŁ BISKUPEM POMOCNICZYM SARANTH i miał swoje obowiązki. Obowiązki i&#8230; to przyznawał w cichości ducha&#8230; przyjemności z którymi nie chciał się rozstawać. Co popadło, pozostało wykonać. Rozkaz nie gazeta, jak mówią żołnierze, nie żeby deMorra miał ochotę jakiegoś słuchać. Zresztą żołnierze są wyłącznie od wykonywania rozkazów. To co że giną? Kogo to tak naprawdę obchodzi.</p>
<p>-Proszę Księże prałacie.- Młodziutki głosik. Dokładnie w jego typie. Anton prawie się oblizał. Z wielkim trudem zapanował nad wyrazem twarzy. To napełniło go mieszaniną urazy, podniecenia i złości.</p>
<p>Cielątko. Młodziutka, na oko dziewięcioletnia chłopska dziewka. Naturalna ofiara deMorra. A Morre to ponure zamczysko gdzie służba robi co jej się każe&#8230; Znowu prawię się oblizał.</p>
<p>-Jaka piękna buzia. – Uśmiechnął się na poły lubieżnie, po czym wężowym ruchem złapał ją pod brodę. – Tak naprawdę piękna niczym święty obrazek&#8230;</p>
<p>***</p>
<p>-Siostro Arda Constanza!- Sień Klasztoru Sióstr Adherytek była zimna i ponura. Robiła przygnębiające wrażenie na każdym grzeszniku jaki tu stawał. Miała też nieść duchową pociechę nieuchronności Jedynego, dla tych których serca były czyste. Taka była teoria. deMorra, nie lubił tego miejsca, choć&#8230; odwiedzał je naprawdę regularnie. Miał swoje powody, wiele powodów (na myśl o powodach prawie się uśmiechnął). Na widok siostrzyczki uśmiechnął się dobrotliwie. Jego ulubiony uśmiech&#8230;</p>
<p>-Wasza Świątobliwość! Jakiż to zaszczyt spotkał nasz dom, żeście panie do nas ponownie zjechali?? – Arda Constaza była mniszką, najmłodszą matką przełożoną w Zakonie Św. Ardy. Tak zwane Adherytki zajmowały się głównie wychowywaniem młodych panienek, którym się za bardzo chciało&#8230; żeby umiały same dopilnować swej niewinności. Była też przeraźliwie głupia. „Hodowała”, to słowo najlepiej się nadawało, cokolwiek jej deMorra podesłał, czekając na wezwanie. A on był szczodry, oczywiście nie naprawdę. Opactwo należało do niego, więc cokolwiek zarobiły, każdy datek i darowizna trafiały do niego, cóż&#8230; Jedyny sprzyja pobożnym (śmiech).</p>
<p>-A tak. Znowu przyjechałem. Odwiedzam swoje podopieczne. Dopóki tu są, wiem że nie zbłądzą. Powiedział pobożnie cytując Św. Ardę (Póki są w mych ramionach, wiem że nie zbłądzą! – Kazanie 8, werset 22-23, Pisma Świętej Ardy, Wydanie II Cynazyjskie.), choć zmienił nieco słowa. Czekał teraz na reakcję. Arda Constanza zarumieniła się ładnie. Jak na mniszkę całkiem o siebie dbała. deMorra zastanawiał się która z dziewczyn grzeje jej łoże? A może to drwal, lub kowal? Przez chwilę rozważał różne możliwości obracając w myślach sceną. Czuł wzrastające podniecenie&#8230;- Ale, ale, przywiozłem wam Siostro kolejną podopieczną.</p>
<p>-Błogosławiona niech będzie Św. Arda. Następna duszyczka oddala się od Kusiciela – zawołała egzaltowanie mniszka. „O tak&#8230; od Kusiciela na pewno&#8230;” W myślach deMorra oblizał się po raz kolejny.</p>
<p>-Nie całkiem moja droga, nie całkiem. To chłopskie dziewczę. Naprawdę cudowne. Jakem ją ujrzał od razu pomyślałem że dla niej właśnie przeznaczona Droga Adhereńska. – Jest w powozie. Jak zobaczysz jest całkiem mądrym dziewczęciem. – deMorra zostawiał cielaczka w tym przybytku z prawdziwą przykrością. Naprawdę chciałby ją odwieźć do Morre i od razu&#8230; użyć, ale TE CHOLERNE OBOWIĄZKI.</p>
<p>***</p>
<p>Dziewczynka rzeczywiście była śliczna. Constantza z miejsca poczuła do niej niechęć. Nie, jednak nie niechęć. Zazdrość. To zdecydowanie było bliższe prawdzie&#8230; Choć oczywiście dla małej ofiary nie będzie to miało znaczenia.</p>
<p>-Nazywasz się? – Ze szlachcianką, Matka przełożona rozmawiałaby inaczej, jednak chłopi byli w końcu tylko do pracy. Rzadko mieli dość rozumu by choć zrozumieć uczoną mowę, a co dopiero odpowiedzieć z sensem. Ta nie mogła być inna.</p>
<p>-Tak wielmożna Pani. Sarabella z Ais. Tak Matula dali mi przy Pierwszym Sakramencie. – Dziewczynka z całych sił starała się zadowolić tę obcą, oschłą kobietę. Jeszcze niedawno była w domu, teraz&#8230; jej dom spłonął, a ona była w tym obcym miejscu. Już nawet płakać nie mogła.</p>
<p>I nie była, rzecz jasna. Słychać to było już w pierwszym zdaniu.</p>
<p>-Nie <em>Matula</em>, tylko MATKA i nie dali, tylko zostało mi nadane! – Arda Constanza czuła wzbierającą irytację. Tylko niedawna obecność wielebnego deMorra i jego błogosławieństwo na południowym nabożeństwie uchroniło, tą małą&#8230; wieśniaczkę&#8230; od ciężkich kar. – To nie jest właściwe imię. Trzeba je zmienić. – Mniszka wpatrywała się w dziecko natrętnie, czekając by się odezwała, zaprotestowała, zrobiła cokolwiek&#8230; Ale nie. Chłopka&#8230; Cicha i uległa, jak nie przymierzając&#8230; cielak&#8230; To wyjaśnia wszystko, prawda?</p>
<p>-Twoje imię jest niewłaściwe. Teraz należysz do św. Ardy i będziesz nosić imię jakie Ona ci nada. Rozumiesz?</p>
<p>-Tak wielmożna Pani. Oczywiście wielmożna Pani. – Posłuszna. Hm mmm. Będzie dobrym przykładem dla tych małych intrygantek! Bogatych i rozpuszczonych. Właściwie lepiej pasowałyby określenia bardziej dosadne, ale Matka wielebna wolała ich nie używać! Utrata datków od ich rodzin&#8230; byłaby może nie katastrofą, ale sporym problemem jak najbardziej.</p>
<p>Cisza się przedłużała. Arda Constanza wpatrywała się niewidzącym wzrokiem w blondwłose cielątko. Wydawała się rozważać możliwości&#8230;</p>
<p>-No tak. Arda Sarabella? Nie, to brzmi źle. – Idiotycznie, ale tego mniszka nie powie głośno. –Zresztą nie zasługujesz jeszcze na zakonne imię&#8230; Niech pomyślę&#8230; – Jak zawsze w takich chwilach, Constanza zaczęła szeptać modlitwy. Jej dłoń bezwiednie spoczęła na łańcuszku modlitwy&#8230; A do głowy wpadła genialna myśl!</p>
<p>-Będziesz się nazywać Arani, od Artemisji, przyjaciółki i powierniczki świętej Ardy. Tak. Arani&#8230; LaMaise.</p>
<p>-Z Ais, wielmożna Pani. – Wyrwało się młódce. Jeszcze przed chwilą zadowolona z siebie Constanza nagle straciła humor&#8230; Zetknięcie dłoni z policzkiem zabrzmiało jak wystrzał z pistoletu do pojedynków.</p>
<p>-Powiedziałam. Arani LaMaise! BĘDZIESZ TO POWTARZAĆ TAK DŁUGO AŻ ZAPAMIĘTASZ! – Ryknęła, z satysfakcją obserwując przerażenie małej wieśniaczki.</p>
<p>Sarabella, skulona, leżała na ziemi w miejscu gdzie upadła po potężnym ciosie rozeźlonej mniszki. Przyciskając rękę do policzka nie śmiała się nawet ruszyć, jedynie powtarzała nieprzytomnie, jakby nie swoim głosem:</p>
<p>-Arani LaMaise! Arani LaMaise! Arani LaMaise! Arani LaMaise! Arani LaMaise!</p>
<p>***</p>
<p>Siostra Arda Kamea to kobieta dziwna. Bardzo wysoka jak na młodą cynazyjkę, strasznie szczupła, o gładkiej wypielęgnowanej twarzy i długich palcach. Miała wyrazista, błękitne oczy i włosy tak jasne, że aż nierzeczywiste. Jej niesforne loki co i rusz wymykały się spod czepka, ale nawet Matka przełożona, kobieta surowa i pozbawiona zdaje się poczucia humoru, nie potrafiła się długo na siostrę Kameę gniewać.</p>
<p>Arda Kamea wyróżniała się też brakiem urody. Jej wygląd można było, przy dużej dozie tolerancji, skomplementować stwierdzeniem, że zdrowo wygląda. Być może takie wrażenie wywoływał jej pozbawiony ozdób i formy strój mniszki? Dla dziewcząt zmuszanych codziennie do lekcji etykiety, tańca i flirtu, pod okiem nieładnej mniszki, było to wyjaśnienie zdecydowanie mało zadowalające. Wolały plotkować i tworzyć bezużyteczne domysły co do natury Ardy Kamei.</p>
<p>-Razem dziewczęta.- Kamea miała głos równie nieciekawy jak wygląd. Zupełnie jakby starała się by był taki wysoki, jednak jak każdy wie nie można udawać w nieskończoność, a Siostry Kamei jak dotąd nikt nie przyłapał. Znaczyć by to mogło, że jednak nie udaje. Jedno można jej było jednak przyznać. Poruszała się z gracją, którą Arani &#8230; nie Sarabella, w duszy nadal tak nazywała sama siebie, tak jak <strong>Matula</strong> jej nadała&#8230; porównała kiedyś z na wpół zapamiętanym wdziękiem matrańskiej zabójczyni. Właściwie te dwa słowa nic jej nie mówiły w chwili gdy je wypowiadała, ale ponieważ same cisnęły się na usta, to z nich skorzystała. – Tak, teraz dobrze&#8230; <em>Passe</em>, dobrze, <em>obrót</em>&#8230; <em>ukłon</em>. Doskonale. Teraz podzielę was na pary i będziecie lekcję powtarzać. Tak. Równo panienki. Sara i Aurelia, Arani i Sabina&#8230; – Sarabella skrzywiła się w duchu. Najgorsza dziewucha ze wszystkich. Najbogatsza, najstarsza i najbardziej świadoma świetlanej przyszłości. Miała wszystko i lubiła to okazywać.- &#8230; No dobrze. Panienki. I raz, i dwa i trzy.</p>
<p>Muzycy, w postaci kilku bardziej utalentowanych mniszek (choć o tym talencie to krążyły po dormitoriach naprawdę niewybredne żarty) podjęli na nowo, niestrudzenie, skomplikowaną melodię menueta. Tragedia. Sarabella, czuła się zupełnie nie na miejscu. Niezgrabna jak kloc drzewa. Śpiew szedł jej znacznie łatwiej.</p>
<p>-Ej, gdzie jest LaMaise? – Aurelia deSerran była tak zjadliwa jak żmija z Matry. Jad w głosiku dziewczyny zdradzał, że nie było to bynajmniej niewinne pytanie.</p>
<p>-Daleko – padła wypróbowana odpowiedź. Oczywiście była niewystarczająca.</p>
<p>-Chyba bardzo daleko. Masz wieśniacki akcent. – Kliniczny chłód, połączony ze złośliwą uciechą, w oczach starszej dziewczyny oświecił Sarabellę. Ona ją prowokowała. Żeby siostra Arda Kamea ją zbeształa, a dziewczęta miały znowu ubaw. Niemniej niewiele mogła poradzić, zwłaszcza że rzeczywiście nie mówiła jak szlachcianka.</p>
<p>-No to co? Jedynemu to nie będzie przeszkadzać. – Z trudem obmyślona odpowiedź wywołała falę uciechy i tłumionego śmiechu. Sarabella zarumieniła się, potknęła i oczywiście, stanęła na nogę Aurelii deSarran. Ta jęknęła. Puściła Arani. Zatrzepotała rękami, po czym, w wielce teatralnym stylu&#8230; padła jak długa. Sarabella zaś &#8230; stała nad nią przyciskając dłonie do ust ledwo powstrzymując się od śmiechu. Tylko ona się powstrzymała. Większość dziewcząt, nie ujmując niczego końskiemu rodzajowi, rżała jak młode klaczki na widok jurnego ogiera.</p>
<p>Oczywiście nie upadła, mimo że została podcięta. Nawet trzy lata w tym miejscu, choć nauczyło ją naprawdę dużo o etykiecie, teologii, śpiewie, tańcu i wielu innych pokrewnych dziedzinach, nie zabiło w niej zwykłych chłopskich umiejętności. Nie zatraciła też zmysłu równowagi, dzięki któremu mogła przemykać między nogami klientów karczmy nie przeszkadzając im!</p>
<p>-Arani LaMaise, Aurelia deSarran, Karolina LaMartre, Alina Klara Morrin! – Arda Kamea potrafiła usadzić całą grupę. Cisza zapadła jak makiem zasiał. – Panienki coś strasznie rozbawione? Która mi powie co je tak śmieszy? – Oczywiście żadna się nie odezwała. Byłoby to pozbawione sensu i znaczenia. – No tak. Nie chcecie tłumaczyć&#8230; Udacie się do Matki Przełożonej i jej wyjaśnicie, albo na pokutną modlitwę? CO wybieracie?</p>
<p>&#8230;Wszystkie wybrały pokutę!&#8230;</p>
<p>***</p>
<p>„Który to już raz?” – Pomyślała Sarabella przerywając na chwilę czytanie Księgi św. Ardy, co odbywało się w pozycji klęczącej, na doskonale „wygodnej” poduszeczce napełnionej grochem! Modlitwa pokutna była tym rodzajem kary, który miał pozytywnie wpłynąć na duszę. Bo jak powiada pismo, W umartwieniu ciała rośnie dusza (Cytat z Księgi Proroka. Testament Nawrócenia akapit 9, ustęp 23-24.). Oczywiście żadnej młodej damie nie potrzeba aż tyle ducha. Przydałoby się trochę rozrywki. Tego jednak nie dało się osiągnąć. Siostry żywiły zdaje się organiczną niechęć, by nie powiedzieć bardziej dosadnie, do wszelkiej zabawy. Zwłaszcza gdy dotyczy „panienek”. No cóż.</p>
<p>Kara modlitwy pokutnej obejmowała klęczenie na poduszkach wypełnionych grochem, albo fasolą, oraz czytanie księgi pełnej nabożnych tekstów. Zwykle Księgi św. Ardy, Pamiętnika Ardy Ardatty, pierwszej Wielkiej Matki zakonu, albo Księgi Proroka. To zresztą którą księga panienki czytały nie miało znaczenia.</p>
<p>TO była prawdziwa tortura. Na początku Sarabella często dostawała dodatkowe kary, bo skupić się na czytaniu kiedy kolana bolą tak bardzo nie jest łatwo. Zwłaszcza dla kogoś kto czytać uczył się tak jak ona&#8230; jak wieśniaczka. Większość panien ze szkoły klasztornej stanowiły szlachcianki (Sarabella odkryła jednak, że wśród nich są przynajmniej dwie takie jak ona&#8230; ale były o krok od nowicjatu więc nie mogły pomóc) i one znały jakieś modlitwy, które mogły powtarzać nie myśląc. Sarabella również znała, ale nie pasowały do „szlacheckich obyczajów”. Musiała więc czytać. Miała tą małą przewagę że doświadczała podobnej kary już w dzieciństwie (choć grochu było szkoda rodzicom i używali żwiru).</p>
<p>Sarabella zaśmiała się gorzko w myślach. „Który raz? Ależ mnie dziwne pytania naszły? Przynajmniej raz na tydzień trafiam do tej sali, za rzeczy których naprawdę nie rozumiem”. Westchnięcie.</p>
<p>-Cicho tam! – Siostra pilnująca porządku była starszą niewiastą, o złośliwym spojrzeniu starej panny. –Jak się nie uciszycie panienki, to kara zostanie przedłużona. Wy młode nowicjuszki nie wiecie jak to jest. My same musiałyśmy wznosić&#8230; –Ta sama śpiewka. Staruszka zapomniała że one nowicjuszkami nie są. Że to, o czym mówi przeczytała w księgach. Staruszka nieprzerwanie kontynuowała swoją tyradę.</p>
<p>Szczęk zamka. Otworzyły się drzwi. Dziewczęta w desperackim podrzucie wyprostowały się. Drzwi mogła bowiem otworzyć tylko Matka Przełożona. A gdyby przy niej nie dość pokutowały mogłoby się stać coś znacznie gorszego, niż kolejna godzina na workach z grochem! Dużo gorszego.</p>
<p>-LaMaise. –Sarabella skuliła się.- Wstań dziecko.- Niechętnie dziewczyna podniosła się. Kolana, protestując przed tą nagłą zmianą, strzeliły. Zachwiała się. Arda Constanza zmarszczyła brwi w nagłej fali niechęci. –Chodź.</p>
<p>-Jak pamiętasz dziecko twój dom się spalił&#8230; –Sarabella doznała nagłej wizji, którą zwykle widywała tylko we śnie. Morze ognia. Krzyki palących się ludzi. Strach i przerażenie. Poczucie winy. Ona sama wpół nago zwijająca się w bólu od poparzeń. Bezwiednie dotknęła karku. Blizna po oparzeniu zapewne nigdy nie zejdzie- &#8230;Wtedy właśnie Biskup deMorra przygarnął cię i przysłał tu. SŁUCHAJ MNIE.- Ryknięcie przerwało wizję. Sarabella stanęła na baczność.</p>
<p>-Tak Matko Przełożona.</p>
<p>-Tak. Jesteś tu już trzy lata. Wypada by sprawa twojej tożsamości została rozwiązana. Okazało się, mam listy które ci pokażę, że nie jesteś żadną wieśniaczką. Zostałaś przygarnięta, ba! porwana przez tych ludzi. Sarabella z Ais ich córka zmarła, więc ciebie zaczęli tak nazywać. Ty jesteś, niech będzie błogosławiona mądrość św. Ardy, która mnie natchnęła, Arani LaMaise. Cieszysz się prawda? – Sarabella czuła tylko odrętwienie. To nie mogło być prawdą. To było jedno wielkie kłamstwo. –CIESZYSZ SIĘ?</p>
<p>-Tak Matko Przełożona.- Odpowiedziała automatycznie, nie swoim głosem. Na to jednak mniszka nie zwróciła uwagi.</p>
<p>-Doskonale. Poznaj- przez otwarte drzwi do gabinetu Matki Przełożonej widać było jakiegoś starszego mężczyznę w okularach – Milosza LaMaise przybyłego z Agarii. Dobrze mówię? Milordzie?</p>
<p>-Prawie dobrze Matko wielebna. Z Kiry, to w pobliżu Agarii. A to jest moja malutka Arani. Och jakie szczęście. Aleś ty podobna do swojej matki, mojej córki. Spójrz. – Konterfekt przedstawiał śniadoskórą brunetkę&#8230;</p>
<p>-Rzeczywiście. Uderzające. – Obłuda w głosie Matki Przełożonej osiągnęła taki stopień, że przebiła się nawet przez odrętwienie Sarabelli.</p>
<p>&#8230;To musi być kłamstwo&#8230;</p>
<p>***</p>
<p>Pogrzeb był krótki i dziwny. Za klasztorem, wznosiło się wzgórze z którego ktoś, kiedyś wydobywał piach, aż do chwili gdy natrafiono na kruchy kamień. To co pozostało przypominało amfiteatr i było wykorzystywane przez Klasztor jako cmentarz. Nie dla mniszek rzecz jasna. Te grzebano w katakumbach. Tu chowano służbę i różne inne dziwne osoby. W najdalszej części w dwóch rzędach stały puste groby&#8230; osiem. Teraz dołączał do nich dziewiąty. Równo wykute doryjskie litery układały się w napis:</p>
<p align="center">„Sarabella z Ais, niewinne dziecię”</p>
<p>Arani, ubrana w czerń, stała przed własnym grobem. Nie czuła nic poza odrętwieniem. Dłoń zdobił jej ciężki pozłacany pierścień z wytłoczonym herbem LaMaise. Nie wiedziała, bo i skąd miałaby to wiedzieć, że jeszcze nie raz zdarzy jej się znaleźć w podobnej sytuacji.</p>
<p>***</p>
<p>-To musi być teraz Matko. Nie mogę już dłużej czekać! – Egzaltowany głos Biskupa wyrwał Ardę Constanzę z zamyślenia. Miała mieszane uczucia. Z jednej strony chciała się pozbyć blondwłosej wywłoki, z drugiej nie chciała by do tego doszło. Była Matką Przełożoną i potrafiła wyczuć dobrą mniszkę. Ta dziewczyna byłaby dobra. Niezbyt bystra (albo może dość bystra by tego nie pokazywać), posłuszna i wytrwała. Nie przeszkadzała jej ciężka praca, ani liczne obowiązki. Nie miała rodziny, zachcianek, ani pragnień typowych dla mniszek wywodzących się ze szlachty&#8230;</p>
<p>-Nie jestem przekonana Ojcze Biskupie. Ona jest jeszcze bardzo młoda!</p>
<p>-Bzdura. Takie jak ona&#8230; wieś&#8230; znaczy szlachcianki po przejściach, dorastają szybciej!&#8230; &#8211;  Głos Biskupa zmienił się tak wyraźnie, że aż się Wielebna w duchu skrzywiła. Na moment Biskup wyglądał jak osoba mająca bezbożne pragnienia. Niemożliwe. Arda Constanza tylko pokiwała głową.-Świetnie córko. Przygotuj ją!</p>
<p>***</p>
<p>Klasztor oddalał się. Sarabella, już jako Arani LaMaise, ubrana i wyekwipowana, wyglądała jak śliczne dziewczę. Obok niej Biskup z dobrotliwą miną. Kiedy wsiadała podał jej dłoń, spytał o jej samopoczucie&#8230; Odpowiadała automatycznie. Jak niby miała odpowiadać. Nauczona była grzecznościowych formuł. Nie musiała ich pamiętać, po prostu recytowała.</p>
<p>„Tak, paskudna pogoda, Wasza Wielebność”</p>
<p>„Nie, fotel wygodny, Wasza Wielebność”</p>
<p>„Wina nie potrzeba, Wasza Wielebność”</p>
<p>„Czuję się dobrze, Wasza Wielebność”</p>
<p>Za oknem oddalał się Klasztor.</p>
<p>***</p>
<p>Gabinet był piękny i słoneczny. Za biurkiem z drewna siedziała piękna kobieta. Długie, blond włosy, zebrane miała i upięte w misterną koronę. Służąca westchnęła. Żeby jej Pani tak chciała w sukni się pokazać&#8230; a tu nie. Mundur i Mundur&#8230; Chociaż&#8230; dziewczyna pogładziła przód sukni&#8230; jej pozwalała się ubierać niemal jak Wielkiej Pani!</p>
<p>Arani ignorowała służkę. W sumie tylko raz zwróciła na nią porządną uwagę. Najmując się. Ten sam kolor oczu, ten sam kolor włosów&#8230; Postawa zbliżona. Idealna przykrywka. Zwłaszcza odziana w te bogate kiecki.</p>
<p>Dzwon.</p>
<p>Dzwony zawsze jej się z czymś kojarzyły. Z Klasztorem? Czasem. Zaśmiała się cicho. Żeby dzwony w najbardziej dekadenckim mieście w Dominium kojarzyły się z Klasztorem.</p>
<p>Chociaż&#8230;</p>
<p>Ten powóz. Biskupa świerzbiły ręce. Próbował jej dotykać, podawać wino. Wtedy była naiwna. Wtedy. Kiedy miesiąc później musiała się przed nim barykadować, wiedziała „czemu ją przygarnął”!</p>
<p>***</p>
<p>Dworek deMaiis w zachodniej Cynazji należał do rodziny Biskupa deMorra. Męża jego siostry. Tam zawiózł Arani. To był cudowny dom. Naprawdę. Bawiła się z Antonią jak ze starszą siostrą. Były takie podobne, tylko Antonia miała bardziej kręcące się włosy.</p>
<p>No i dom leżał niedaleko Ais&#8230; Sarabella odkryła, że pamięta wzgórze na którym stał dom. Pamięta wszystko.</p>
<p>Stała koło domu wpatrując się w dal, oczami duszy oglądając rodzinną karczmę.</p>
<p>-Panienko Arani? – Głos należał do Wilnera de Maiis.</p>
<p>-Panie? – Dygnęła.</p>
<p>-Przyglądasz się jak fechtujemy? – Kiwnęła głową, choć patrzyła ponad nimi. – Chcesz spróbować?</p>
<p>***</p>
<p>-Skąd właściwie jesteś? – Bezpośrednie pytanie padło od Messer Wilnera. Już nie Pana. Uczył ją szermierki. Aż dziw, jak dobrze jej szło. Nie straciła zwinności jakiej nabrała krążąc z tacą.</p>
<p>Zatkało ją. Cios palcata z brzuch pozbawił oddechu.</p>
<p>-Ardo, zmiłuj – wyszeptała.</p>
<p>-WIEDZIAŁEM. – Wilner jęknął i tyle go widziała.</p>
<p>Co wiedział? O czym wiedział? Do dzisiaj Arani nie jest pewna.</p>
<p>***</p>
<p>-No otwórz dziecko! – Nawet przez drzwi czuła zapach alkoholu.</p>
<p>-Wasza Wielebność nie uchodzi!</p>
<p>-Opiekunem jestem twym. Mnie nie wpuścisz! OTWÓRZ.</p>
<p>Mężczyzna szarpał za drzwi.</p>
<p>Zaczęło się przy kolacji. Została sama z Jego Wielebnością. Messer Wilner, Pani Caterine i Antonia udali się na bal. Jej opiekun nie puścił.</p>
<p>Całą kolację perorował o miłości Boga do Człowieka. O miłości Człowieka do Boga. O miłości Ludzi, która wielbi boga&#8230; a potem sięgnął do jej ręki&#8230; Uciekła.</p>
<p>Potem było to bicie w drzwi.</p>
<p>Wracał i wracał i wracał. Co raz bardziej pijany i zły.</p>
<p>***</p>
<p>Co się potem działo? Czemu Wilner pobił swego Wielebnego Kuzyna? Czemu nagle została adoptowana, choć nieoficjalnie? Czemu wysłano ją do wojska?</p>
<p>Nigdy jej nikt tego nie powiedział.</p>
<p>LaMaise stało się deMaiis.</p>
<p>***</p>
<p>Szczęśliwy przypadek. Inaczej tego nazwać nie można. Siedziała przy biurku czytając raporty ze służby. Nie darmo była Porucznikiem, tak? Miała ludzi i obowiązki. Te były oficjalne. Nieoficjalne zajmowały więcej czasu.</p>
<p>Strzał! Brzęk rozbitej szyby!</p>
<p>***</p>
<p>Strzał! Brzęk rozbitej szyby!&#8230; Arani wybiegła. Nauki Messer Wilnera i nauczycieli jakich dla niej znalazł uczyniły z niej szpiega. W Matrze łatwiej szpiegować kobietom. Właśnie wkładała ręce w szkatułkę. Miała stamtąd wziąć konkretny dokument&#8230;</p>
<p>No nic. Złapała wszystkie. Najważniejsze by jej tu nie znaleziono. Ze stołu złapała inne pergaminy i wcisnęła do skrzynki&#8230;</p>
<p>Okno, czy drzwi?</p>
<p>Okno i tak rozbite, a do drzwi się zaraz ktoś będzie dobijał&#8230;</p>
<p>Podbiegła do okna. W szybie ujrzała własne odbicie. Własne włosy ułożone jak u Matrańskich żołnierek&#8230; pasta przyciemniająca skórę. Naprawdę wyglądała jak jedna z nich.</p>
<p>Decyzja.</p>
<p>Zdecydowanym krokiem podeszła do drzwi. Otworzyła je gwałtownie&#8230;</p>
<p>Dobyła pistoletu i krzyknęła po Matrańsku.</p>
<p>-STÓJ!&#8230; Skrzynkę, znowu pustą, rzuciła w kąt. Pergaminy rzuciła w ogień&#8230; wyskoczyła przez okno strzelając w dal. – TAM! &#8211; Zawołała do skołowanego Matranina z muszkietem. – TAM ośle!</p>
<p>***</p>
<p>Służka weszła na kulę.</p>
<p>Z jej głowy nie zostało za wiele&#8230; Arani padła pod biurko. Oby jej strój mniszki od św. Ardy był na miejscu&#8230; Zaczęła szarpać mundur&#8230;</p>
<p>Ciekawe jak jej wyjdzie udawanie służki&#8230;</p>
<p>***</p>
<p>Arda Constanza zza krat z przerażeniem wpatrywała się w powóz. Herb był jej znany, przynajmniej częściowo, ale nie to ją przeraziło.</p>
<p>Z powozu wysiadła mała zdzira&#8230; Już nie mała. W mundurze, pod bronią. Poruszała się jak powinna Dama, ale mniszka ją poznała.</p>
<p>Sarabella z Ais&#8230;</p>
<p>Sarabella z Ais w powozie z herbem deMaiis.</p>
<p>Stara kobieta cofnęła się w głąb celi. Już nie była Matką Przełożoną. Biskup deMorra już nie łożył na klasztor&#8230; Ktoś jednak łożył.</p>
<p>-Wielebna matko – Ten znajomy głos wywołał ciarki na plecach. Powitanie było formalne by po chwili przejść w zupełnie inne tony– Arda Karolina. Jak tu żyjecie?</p>
<p>-Panienka Arani? Cóż cię sprowadza w nasze progi? A dobrze. Zakładamy nowy ogród.</p>
<p>-Jak się cieszę Karolino. Mogę tak jeszcze mówić?</p>
<p>-Oczywiście. Jesteś naszym dobroczyńcą, odkąd&#8230;</p>
<p>-Och nie ma o czym mówić. Chciałabym porozmawiać z Siostrą Ardą Constanzą. Była dla mnie niczym matka&#8230; – Constanza zadrżała. Karolina na dole zamilkła&#8230; Chociaż to głupia zrozumiała&#8230; Stara zakonnica wyjrzała przez okienko.</p>
<p>Arani de Maiis, Siostra Arda Sarabella, Arani LaMaise, Sarabella z Ais&#8230; spojrzała w górę by napotkać oczy starej stręczycielki.</p>
<p>Constanza prawie zemdlała. W oczach Sarabelli z Ais widziała jedno pytanie. „Gdzie jest deMorra?!”</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://angmar.adminbros.com/?feed=rss2&amp;p=233</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Kartka z pamiętnika szlachcica</title>
		<link>http://angmar.adminbros.com/?p=231</link>
		<comments>http://angmar.adminbros.com/?p=231#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 09 Nov 2009 12:16:32 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Endaer</dc:creator>
				<category><![CDATA[Szpadą i Devirią]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://angmar.adminbros.com/?p=231</guid>
		<description><![CDATA[Niemłody już jestem i śmierć wielkimi krokami zbliża się do moich drzwi. To niezwykłe jak wiele wyborów, uczynionych za młodu, teraz w godzinie śmierci poddaje się w wątpliwość?! Drżę cały na myśl, że Jedyny jest tak straszliwy jak go opisują księża i inkwizytorzy. Niemniej to tylko strach starości. Gdy piszę te słowa ogarnia mnie chłód, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Niemłody już jestem i śmierć wielkimi krokami zbliża się do moich drzwi. To niezwykłe jak wiele wyborów, uczynionych za młodu, teraz w godzinie śmierci poddaje się w wątpliwość?! Drżę cały na myśl, że Jedyny jest tak straszliwy jak go opisują księża i inkwizytorzy. Niemniej to tylko strach starości.</p>
<p>Gdy piszę te słowa ogarnia mnie chłód, a przecież ten piękny czerwcowy wieczór każdego napełniłby ciepłem i radością. Kiedy jednak sięgam pamięcią do tych odległych wydarzeń, które ukształtowały me życie nie mogę się powstrzymać od drżenia.</p>
<p>Powrócę jednak do pisania, tak by słowa następowały po sobie zgodnie z ich logiką i boskim planem, jaki niewątpliwie tkwi w każdej zapisanej karcie.</p>
<p>Urodziłem się ponad siedemdziesiąt lat temu za czasów panowania&#8230; a właściwie jakie ma znaczenie który król, czy królowa panował nad Miastem Wspaniałości? Ta opowieść z pewnością nie będzie dotyczyła królów i ich problemów! Tak więc narodziłem się dość dawno w rodzinie deRua. Gdy byłem młody, mnie i moim braciom nie raz powtarzano, że ród nasz ongiś był potężny a dziś cieniem jeno swoim własnym się ostał. Jeśli jednak jest cieniem dziś, to cieniem monumentalnym i wspaniałym, ale znowu zdaje się wyprzedzam fakty. Bóg mi świadkiem, że z całych sił staram się powstrzymać me pióro i wtłoczyć myśli w tory jakie ułożono w mej głowie za czasów nauk uniwersyteckich. Cóż z tego, jeśli myśli moje, wbrew chęciom pędzą naprzód niby dzikie konie.</p>
<p>Zanim nadszedł mój czas, ród deRua zdążył wydać na świat nie jednego wielkiego gracza, którego decyzje wstrząsały polityczną areną Cynazji. Byliśmy ongiś dość potężni, by swego czasu, za życia bodaj dziada mego, wżenić nasz ród w rodzinę matrańskiej księżniczki, spokrewniając się, choć daleko z ichnią rodziną monarszą. Lecz dziad nie był jedynym wybitnym deRua. Jego ojciec był kardynałem, wielkim, zarówno wiarą, jak i umysłem, a brat przez wiele dekad był generałem cynazyjskiej armii. Wszystko to jednak było już przeszłością za czasów mego ojca. Wyzwolony z rodzinnych zobowiązań, Ojciec przez długie lata nie uczynił nic dla powodzenia i pomyślności naszego rodu. Przez chwilę wydawało się nawet, że główna linia deRua odejdzie w przeszłość, gdyż ojciec nie mógł zdecydować się na małżeństwo. A jednak i na niego przyszła pora, bowiem gdy tylko ujrzał na salach uniwersyteckich, młodszą od niego o wiele lat, doryjską baronównę Katerinę dor Korda, zakochał się bez pamięci. Nie wspomnę tu ile wysiłku włożył by zdobyć jej uczucie, wspomnę tylko, że przeżyli razem wiele lat wypełnionych ciepłem i miłością.</p>
<p>Ciężko przyznawać się do win, zwłaszcza jeśli nasz udział był wyłącznie marginalny, czy nawet nieświadomy. Po latach jednak doszedłem do wniosku, że kres ich miłosnej sielance przyniosło nic innego, tylko narodziny mojej skromnej osoby. Warto tu dodać że byłem ich trzecim dzieckiem, najmłodszym spośród trzech synów, urodzonym niestety zbyt wcześnie, gdy matka odbywała pielgrzymkę do Katedry. Rodzić zaczęła niemalże na jej schodach, bez pomocy przyjaznych rąk akuszerki, co doprowadziło ją do śmierci. Wielce ubolewam żem nigdy mej matki nie poznał, bowiem z listów jej własnych i pamiętnika wiem, jak wspaniałą, ciepłą i kochającą kobietą była.</p>
<p>Dla mego Ojca i całej rodziny nadszedł czas rozpaczy i gniewu, który w przypadku Ojca nie minął nigdy. Nie było dnia by nie rozpaczał nad jej śmiercią i nie było dnia bym nie odczuwał z tego powodu jego niechęci. Teraz jednak na kartach tej kroniki, którą sam piszę zmuszony nieomalże przez swą córkę, przyznam, że rozumiem niemą urazę Ojca i że wybaczam mu wszelkie uchybienia w ojcowskiej miłości jakie kiedykolwiek mogłem odczuć.</p>
<p>Zapewne nie będzie to nic niezwykłego, gdy powiem że ojciec nigdy już ponownie się nie ożenił i do końca swego życia rozpamiętywał życie i śmierć swej ukochanej Kateriny. Jego niechęć, której nie byłem wstanie pojąć, spowodowała, że żyłem z dala od swych braci, karmiony przez mamkę, a później kształcony przez prywatnych guwernerów. Kiedy jednak podrosłem i moja obecność w domu stała się zauważalna, Ojciec wysłał mnie do rodziny matki w Kindle. Oficjalny powód jaki podał Ojciec (odkryłem go wiele lat później) był nawet przekonujący. („Jego bracia znacznie od niego starsi są i wyrośli z prywatnych guwernerów i opiekunek. Wiem szanowna kuzynko, że masz córkę w wieku mego najmłodszego, przeto upraszam byś zajęła się swym siostrzeńcem”).</p>
<p>Po raz kolejny muszę tu wyrazić, że nie odczuwam teraz specjalnej niechęci wobec Ojca. Nie znałem go tak jak moi bracia, nie kochałem go jak moi bracia, ale wiedziałem zawsze, że jest honorowym i wspaniałym człowiekiem. Mimo że nie chciał mnie widzieć, to nigdy nie żałował pieniędzy na moje wykształcenie i wychowanie. Gdy zbliżył się jego czas, uwzględnił mnie w testamencie i zawsze dbał o to bym swym strojem i manierami nie przynosił w Kindle wstydu naszemu rodowi. Można więc powiedzieć, że dbał o mnie bardziej niż wielu innych, nawet bardziej kochających ojców, dba o swych synów.</p>
<p>Gdy wszedłem w stosowny wiek, osobistym pismem, Ojciec skierował mnie na karierę wojskową. Dzięki pamięci o moim przodku generale, bez problemów uzyskałem prawo podjęcia studiów w szkole oficerskiej w Kindle, a później w kolejnej szkole w Agarii. Przyznam że były to dla mnie lata dość szczęśliwe. Uczyłem się wcale nieźle (choć jest możliwe że to jedynie starcza pamięć podsuwa mi takie wspomnienia), znalazłem przyjaciela, tak jak ja pochodzącego z Cynazji, a mianowicie Carlosa de Tares dziedzica księcia Huana de Tares (swoją drogą nie widziałem go od tak dawna, że nie wiem nawet czy jeszcze żyje). Przypadliśmy sobie do gustu, co do tego nie ma wątpliwości. Trzymając się razem byliśmy w stanie zmóc wiele przeszkód samym tylko urokiem osobistym i solidarnością. Dzięki tej przyjaźni udało nam się dotrwać końca szkół, a nawet przetrwać pierwsze miesiące w okopach.</p>
<p>Znowu zadrżałem, była to nieświadoma reakcja na wspomnienia tych straszliwych miesięcy spędzonych pomiędzy prostymi żołnierzami, w ogniu czarodziejskich pocisków, pod nieustannymi atakami elfickich łuczników, czy krasnoludzkiej piechoty. Okryty pledem nadal nie czuję ani odrobiny ciepła, bowiem chłód jaki czuję nie ma nic wspólnego z zimnem.</p>
<p>Pola walki, zniszczone miasta, obce, pełne nienawiści twarze, fanatyczne przemowy księży i karyjskich inkwizytorów, zwierzęce wycie rannych, huk muszkietów i dział. A jednak wspominam ten okres z rozrzewnieniem, bowiem to co nastąpiło później było znacznie gorsze.</p>
<p>Mój okres względnego szczęścia, jakkolwiek dziwnie by to brzmiało, zakończył się z chwilą śmierci Ojca. Markus deRua, mój Ojciec, zasłużony bakałarz i akademik zmarł w ciszy i spokoju ściskając w dłoniach portret mojej matki, kobiety którą ukochał najbardziej na świecie. Teraz miałem poznać swych braci, ich żądzę pieniądza, władzy i nienawiść do mojej skromnej osoby. Sam dostałem niewielki spadek, ledwie dwie wioszczyny od Ojca i willę w której byłem wychowywany w Kindle, którą Ojciec kupił od mej Ciotki. Jednak to, co pozostało było znacznie większe i bogatsze i o to moi bracia prowadzili spór. Prowadzili spór. Te słowa, choć są jak najbardziej prawdziwe, nie oddają ich wzajemnej nienawiści i niechęci.</p>
<p>Zapewne popełniłem błąd słowem wcześniej nie wspominając o swych braciach, ale mimo upływu tak wielu lat, każda próba powiedzenia na ich temat dobrego słowa, nieomalże przekracza moje siły. W zamian więc ograniczę się jedynie do podania ich imion, to powinno wystarczyć. Mój najstarszy brat nosi imię Hubert, po naszym dziadku i gdym go ostatnio widział prowadził prosperującą hodowlę koni jeździeckich na ziemiach przekazanych w spadku po ojcu. Natomiast średni brat, Karol, jeszcze w młodym wieku poczuł powołanie i został księdzem, a później zdobył nawet stanowisko Biskupa Bremage<a href="#_ftn1">[1]</a>, które objął nieco ponad pół roku przed śmiercią Ojca. To on okazał się osobą niegodną bycia potomkiem rodu deRua. Korzystając z pieniędzy biskupstwa i wpływów jakie posiadał z racji stanowiska podjął prawną próbę podważenia ojcowskiego testamentu. Kiedy nie mógł tego przeforsować, „zdobył dowody” na to, że Hubert kazał zamordować ojca, a więc nie może czegokolwiek dziedziczyć. Zdesperowany Hubert zwrócił się o pomoc do mnie, osoby, która była całkowicie nie zaangażowana w sprawy rodzinne. Prywatne śledztwo do jakiego zostałem zmuszony okazało się jednak proste. Intryga Karola okazała się grubymi nićmi szyta i Hubert był wolny po niespełna tygodniowym pobycie w Twierdzy. Podział majątku został zatwierdzony prawnie, a ja z ulgą opuściłem „rodzinę”, szanując braci nawet mniej niż kiedykolwiek.</p>
<p>Mimo to, wracałem na front z podziękowaniami najstarszego brata, wdzięcznego za okazaną mu, przecież bezinteresowną, pomoc oraz z zapiekłą nienawiścią średniego brata wiszącą nad moją głową niczym chmura gradowa. Ja sam nie czułem wobec niego prawdziwej nienawiści, raczej całkowitą pogardę, o ile rzeczywiście istnieje różnica pomiędzy tymi dwoma mrocznymi uczuciami.</p>
<p>Kolejne miesiące po powrocie niewiele różniły się od typowej frontowej rutyny. Trzy kroki w przód, trzy kroki wstecz. Każdego dnia to samo. Jednego dnia rozbijamy oddział ciężkiej krasnoludzkiej piechoty, drugiego ponosimy olbrzymie straty od strzał lekkiej elfiej kawalerii.</p>
<p>Powinienem jednak powiedzieć wreszcie czym dowodziłem na froncie agaryjskim, bowiem jest to informacja niezwykle istotna dla dalszej części opowieści. Razem z mym przyjacielem Księciem Carlosem de Tares, który w randze porucznika był mi zastępcą, dowodziliśmy Ciężkim Ochotniczym Cynazyjskim Korpusem Mieszanym. Jeszcze dziś pamiętam jak, podzieleni na trzy formacje, wyglądali moi żołnierze. Z przodu stali pikinierzy, zdolni powstrzymać nie tylko jazdę, ale również ciężkozbrojnych krasnoludów, czy walczące w szale Orki, za nimi muszkieterzy, których zadaniem było rozstrzelać wroga zanim zacznie zagrażać nam w walce wręcz, a całość osłaniała konnica pod wodzą mego przyjaciela. Do nich należało okrążenie wroga i odcięcie go od zaplecza i pomocy. Ach, jak piękne to wspomnienia.</p>
<p>Gdy po raz kolejny, po uzupełnieniu stanu, mieliśmy ruszyć na front, Ciężki Korpus Mieszany otrzymał nowe rozkazy. Mieliśmy schwytać elfiego maga! Nigdy wcześniej nie widziałem podpisu mego brata, ale pieczęć rodową na dole strony rozpoznałem bez problemu. Gdy de Tares przeczytał list od razu wiedział że zostaliśmy wplątani w politykę i wysłani na samobójczą akcję. Długo w noc zastanawialiśmy się jak uniknąć tych rozkazów, ale jedyne co udało się wymyślić to jak opóźniać wykonanie rozkazów do czasu aż de Tares nie skontaktuje się z przyjaciółmi swego ojca (który jako książę, mógłby zmienić te rozkazy).</p>
<p>Dziś zdaję sobie sprawę, że pozwoliłem Carlosowi jechać nie dlatego że wierzyłem w jego sukces, a przede wszystkim dlatego że żal mi było patrzeć na jego śmierć. Jednak tak jak uradziliśmy zamierzałem przeciągać wykonanie rozkazu do jego powrotu. A to żołnierze zachorowali na żołnierską gorączkę, a to chwiały im się zęby, a to szwankowało zaopatrzenie, a to, znów konie chorowały i trzeba było zaczekać. Ale niestety czas nieubłaganie mijał. Miesiąc minął, Carlos nie wracał, a mnie zabrakło pomysłów. Pozostało ruszyć.</p>
<p>TO była masakra. Już po chwili z Korpusu pozostało niewielu żołnierzy, a ci co ocaleli nie mieli szans powrócić do swoich. Poszliśmy w niewolę, elfią niewolę przeklętych deviria. Wtedy po raz pierwszy zauważyłem coś, co z czasem zaczęło mnie zastanawiać coraz bardziej. Naszą kolumnę jeńców napadły demony! Atakowały i ludzi i elfy i każdego. Długo zastanawiałem się jak mogło to mieć miejsce i do dnia dzisiejszego nie wiem. Ginęliśmy nie mogąc się bronić. Jedyne co nam pozostało to uciekać i być może schronić gdzieś&#8230; udało się. W ostatniej zapewne chwili wpadliśmy (a było nas już wówczas tylko kilku) do jakiś nierozpoznawalnych ruin. Tu mogliśmy choć trochę się bronić, a przynajmniej rzucać w demony kamieniami, bo tyle dało się zrobić ze związanymi rękami. Pozostałe przy życiu elfy szyły z łuków, cięły szablami, kłuły włóczniami, ale&#8230; ginęły niemal tak szybko jak my, ludzie.</p>
<p>Gdy walka dobiegła końca, na placu boju pozostało nas dwoje, ja i elfica. Nie można powiedzieć że zwyciężyliśmy, raczej wygraliśmy dlatego że nadal byliśmy żywi. To niewiele, ale dla nas było dość.</p>
<p>Co działo się przez kolejne godziny, dni, tygodnie (a może to były miesiące?), tego nie wiem. Gdy się ocknąłem, byłem w obozie wroga, a kobieta która razem ze mną przeżyła atak dzikich demonów, miała mnie pilnować. To nie był zły układ. Dopóki nie próbowałem uciekać, nie wodziłem szalonym wzrokiem na lewo i prawo, wolno mi było chodzić gdzie chcę (tak długo jak ona była ze mną).</p>
<p>Co ciekawe życie w tym osiedlu, choć niezwykłym jak na moje oczy, na dobrą sprawę niewiele różniło się od znanego mi. Deviria, czy nie, ale te elfy i zapewne półelfy (tak sądzę, bo na dobrą sprawę nie wiem), bawiły się jak ludzie, jadły gdy było trzeba, kochały i smuciły się, gdy ukochani odchodzili&#8230; nie było tak jak mówili księża i inkwizytorzy.</p>
<p>Oboje wiedzieliśmy że to błąd&#8230;, szaleństwo&#8230;, ale wyobcowanie, wzajemna bliskość i łączące nas przeżycia spowodowały że zadurzyliśmy się w sobie. Trwało to krótko, ledwie kilka miesięcy, ale&#8230; nasza miłość była najprawdziwsza w świecie. Przynajmniej moja. Pewnego dnia przyszła do mnie z wyrazem zdecydowania na twarzy. Wiedziałem że to koniec, choć nie wiedziałem czemu (dziś wiem, deviria, czy nie, ale nosiła moje dziecko).</p>
<p>To był koniec. Pomogła mi uciec i wrócić do swoich, tylko czy oni nadal byli moi?</p>
<p>Wciąż ją kocham. Nie gojąca się rana w moim sercu mówi mi o tym każdego dnia. Oczywiście wiedziałem, że nie mogę tam zostać, ale miałem cichą nadzieję że jest jakieś miejsce&#8230; ale nie ma.</p>
<p>Gdy ostatecznie inkwizytorzy wypuścili mnie ze swoich rąk, głównie dzięki interwencji mego przyjaciela, oraz faktu że nie zaczęli mnie poważnie badać, było jasne że moje życie musi się zmienić. Na front nie mogłem wrócić, nikt mi ma tyle nie dowierzał, do domu również nie mogę wrócić, nienawiść Karla nadal na pewno jeszcze nie umarła&#8230; gniję więc bezczynnie, przenosząc się z jednej do drugiej zaplutej karczmy starając się za wszelką cenę uniknąć zainteresowania ze strony Inkwizycji.</p>
<p>Taka była moja młodość. Później jednak również wiele rzeczy miało się dziać.</p>
<p style="text-align: right">Retrus i Endaer</p>
<hr size="1" />
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://angmar.adminbros.com/?feed=rss2&amp;p=231</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jak popaść w kłopoty, rad kilka&#8230;</title>
		<link>http://angmar.adminbros.com/?p=222</link>
		<comments>http://angmar.adminbros.com/?p=222#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 06 Nov 2009 11:58:02 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Endaer</dc:creator>
				<category><![CDATA[Szpadą i Devirią]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://angmar.adminbros.com/?p=222</guid>
		<description><![CDATA[Porada pierwsza. „Miej dużo rodziny” Za swoisty przejaw złośliwości losu można uznać kłopoty młodego hrabiego Geron-ta-Reva z jego rodziną. Było jej po prostu za dużo. Gdzie się człowiek nie obrócił, tam jakiś wuj, stryj, ciotka, czy kuzyn. DorRevów były trzy rodziny, dorXavre’ów (a chodzi o rodzinę matki Sandryny dorXavre, którą jego ojciec Hagrvick głęboko ukochał) [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Porada pierwsza. „Miej dużo rodziny”</p>
<p>Za swoisty przejaw złośliwości losu można uznać kłopoty młodego hrabiego Geron-ta-Reva z jego rodziną. Było jej po prostu za dużo. Gdzie się człowiek nie obrócił, tam jakiś wuj, stryj, ciotka, czy kuzyn. DorRevów były trzy rodziny, dorXavre’ów (a chodzi o rodzinę matki Sandryny dorXavre, którą jego ojciec Hagrvick głęboko ukochał) dwie kolejne, a jak się zastanowić, to uwzględniając dalszych kuzynów nie ma takiego miejsca w Starym Dorze (i trochę poza nim), gdzie młody DorReva mógłby pojechać by nie stać się obiektem czujnej obserwacji rodziny. To oczywiście bardzo miłe, że tak bardzo o człowieka dbają, zwłaszcza po stracie jakiej doświadczył. Tylko że akurat po tej stracie Gerovick dałby wszystko by ludzie się od niego trzymali z daleka.</p>
<p>Gerovickowi zmarła siostra, młodsza siostra, jedyna siostra jaką miał. Livone. Jako jedyna w rodzinie miała imię które dawało się wypowiedzieć bez łamania języka. Zresztą był to powód do nieustającej radości. Kiedy zmarła na suchoty mając ledwie szesnaście lat rodzinę ogarnęło zniechęcenie.</p>
<p>Gerovick zapowiadał się już wówczas na młodzieńca jakich stara dorycka ziemia wydaje na pęczki. Odważny, słowny, silny, doskonały materiał na rycerza. Oczywiście ród DorReva, spokrewniony bliżej lub dalej, z połową szlachty Starego Doru, a co najważniejsze będący bocznym rodem powiązanym z rodziną wicekrólów (bardzo bocznym rodem) i tronem biskupim Doru, nie był też zbyt bogaty co znacząco ograniczało siłę ich dumy narodowej. Nie stać ich było na przesadnie doryckie obyczaje i całkowite odcięcie się od kordyjskiego okupanta. Wręcz przeciwnie. Choć wywoływało to niesmak u niektórych, ród istniał dzięki delikatnej równowadze między poparciem dla wicekróla, a więc i Kordu, a sekretnym wspieranie kuzynów (dorBrehów z Dawnego Doru, ale o tym nie ma co głośno mówić) urządzających regularne najazdy na kordyjskie wojsko pograniczne. W rezultacie Gerovick, jego kuzyni i siostra (młodsza o jakieś osiem lat) wychowywani byli na sposób bardziej kordyjski niż się to przyjmowało w Dorze. Gerovick, więc, choć zapowiadał się na przykładnego doryckiego rycerza, ani myślał nim zostawać.</p>
<p>Porada druga. „Szukaj własnej drogi w życiu”</p>
<p>Dopóki rodzina była cała, a młodość upływała dość szczęśliwie, młodzieniec nie próbował nawet wybrać drogi życiowej. Mając opiekę rodziny (licznej i rozgałęzionej) mógł podróżować pod Dorze wożąc listy rodzinne i każdy dzień spędzając u innych krewnych. Koń to dla niego nie pierwszyzna, opatrywanie ran również. Nie raz też gonili go różni dziwni osobnicy, więc ukrywanie też musiał do pewnego stopnia opanować. Można właściwie powiedzieć, że chcąc nie chcąc przygotowywał się do roli emisariusza, gdy zdarzyła się ta tragedia.</p>
<p>Zima była wyjątkowo ciężka. Zamróz panował nie tylko w typowym dla niego okresie śród zimowym (a zima w Dorze jest długa), ale rozciągnął się również na późną jesień i wczesną wiosnę. Fałszywa pogoda wczesnej wiosny, słonecznej, lecz przeraźliwie zimnej wpędziła młodą Livone w suchoty. W ciągu jednego roku pełna życia dziewczynka gasła w oczach. Rodzina chciała nawet wzywać uzdrowicieli z Santii, ale zanim posłaniec mógł wyruszyć, dziewczynka zmarła.</p>
<p>Tu właśnie zaczął się kłopot Gerovicka z rodziną. Nie było jak uciec od ich badawczych spojrzeń, od ich zrozumienia i współczucia. Gerovick wyjeżdżał z domu tak często jak to tylko było możliwe. Włóczył się nad granicą, tygodniami też siedział w mieście Dor. Co z tego. Nad granicą wpadał przecież na dorXavre’ów, lub dorBrehów (zależy z której strony granicy zdarzyło się znaleźć), a w Dorze miał średnią (przynajmniej niekiedy) przyjemność wysłuchania kazań innego dalekiego kuzyna, Biskupa Adreisa (<em>nomen</em> <em>omen</em> też DorReva). Cokolwiek więc zrobił, problem wracał. ZA DUŻO WOKÓŁ RODZINY!!</p>
<p>Porada trzecia. „Ucieknij poza zasięg rodziny”</p>
<p>Pozostało uciec dalej, poza ich bezpośredni zasięg, bo nie należy się łudzić, przy tak rozbudowanych więzach rodzinnych, tak czy inaczej się ich nie uniknie. Chyba że wyjedzie tam, gdzie większość Dorów nie chce bywać, ani pamiętać o tym miejscu – do Grande!</p>
<p>O dziwo, udało się! Bez problemów! Najmniejszych!</p>
<p>Grande to wielkie miasto, wspaniałe, ale też niebezpieczne. Zwłaszcza dla każdego kto jest choć trochę prowincjuszem, a o młodym doryjczyku można powiedzieć wszystko, czasem nawet pochlebnie, ale nie można powiedzieć by był specjalnie światowy. Gerovick był doskonałym odzwierciedleniem tego stwierdzenia.</p>
<p>Zachować się umiał, od biedy, jeśli towarzystwo nie jest zbyt wymagające. Jednak na plotki nie wiedział już jak reagować, a chronić się przed nimi nawet nie miał jak próbować.</p>
<p>Oczywiście wpakował się w kabałę.</p>
<p>Było to wiadome natychmiast jak stanął w mieście, że oto wjechał do Grande ktoś, kto ledwo się obróci, a ściągnie na siebie kłopoty. Wiedział o tym każdy kto go zobaczył. Każdy za wyjątkiem samego zainteresowanego oczywiście.</p>
<p>Kłopoty przyjęły postać pięknej młodej kordyjki i objęły jej męża (szlachcica z Grande, zbyt leciwego jak na tak piękną i młodą żonę), jej kochanka (oczywiście cynazyjczyka; to musiał być przecież dandys z Cynazji; nikt inny), oraz jego kochankę (której pochodzenia Gerovick nie próbował nawet określać, co nie przeszkadzało mu podziwiać osobliwej urody tej kobiety). Sytuacja była już skomplikowana kiedy młodzieniec wdepnął w nią po raz pierwszy. Poproszony o przeniesienie listów między młodą żoną (jej nazwisko, jak i pozostałe, tak naprawdę nie jest specjalnie ważne) a jej kochankiem, nie potrafił się powstrzymać przed udzieleniem pomocy młodej, „nieszczęśliwej” i oczywiście „cierpiącej” kobiecie. Nie należy oczywiście uznawać, że Gerovick był aż tak naiwny. Nie. Doskonale wiedział o co w sprawie chodzi (przynajmniej na początku), niemniej nie potrafił odmówić damie. Na takiej samej zasadzie nie potrafił odmówić egzotycznie pieknej kochance kochanka, kiedy „musiała” wiedzieć, czy jej przyjaciel ją zdradza, ani mężowi zdradzającej żony gdy pytał o to samo.</p>
<p>Porada czwarta „To nieuprzejme mówić &gt;&gt;nie&lt;&lt;”</p>
<p>Nie mogąc odmówić całej masie osób Gerovick znalazł się w sytuacji beznadziejnej. Równie dobrze mógłby nawracać Kusiciela, albo zbawiać Nordów, zadanie niemożliwe do wykonania. Tak więc brnął jak ostatni osioł od problemu do problemu, aż wreszcie stanął w obliczu konieczności pojedynkowania się. Były to pierwsze w zasadzie jego zbrojne starcia, toteż można chyba nazwać je przełomowymi.</p>
<p>Pierwszy pojedynek właściwie nim nie był. Ot młodzik, może bardziej światowy, ale za to mniej sprawny, postanowił sobie za cel dowiedzieć się co to za listy Gerovick przenosi. To była właściwie niespodzianka. DorReva natarł na przeciwnika zbyt widać szybko, bo ten nie zdążył nawet za bardzo unieść swojej szpady. Zaczęło się od pojedynczego pchnięcia z wypadu, ciężkim doryckim rapierem (właściwie jest to lekki miecz z koszem; a mówią że doryjczycy są mało błyskotliwi). Mało eleganckie, ale potwornie skuteczne, gdy ma się tak wielką przewagę szybkości. Młodzian ze szpadą odszedł szybko.</p>
<p>Doświadczenie to miało być zarówno pomocne (napełniło go pewnością siebie), jak i szkodliwe (bo właśnie napełniło go pewnością siebie) gdy przyszło do prawdziwego pojedynku. To było właściwie idiotyczne. Gerovick zdecydował wreszcie że ma dość noszenia tych listów, unikania śledzących go osób i obstrzału pytań. Postanowienie bardzo dobrze. Zostało mu tylko pozbyć się tego drugiego Cynazyjczyka. Co za problem? Ten też miał szpadę.</p>
<p>Porada piąta „Odwaga twym orężem”</p>
<p>Gerovick, w starciu z doświadczonym szermierzem nie miał specjalnych szans, choć przyznać mu trzeba że naprawdę umie władać rapierem. Przebity szpadą stracił zainteresowanie dalszym przebiegiem tego niezwykle skomplikowanego i morderczego dla otoczenia, romansu. W ostatniej (jak mu się zdawało) godzinie, Gerovick zastanawiał się po co ten cynazyjski dandys chce go zabić?! Przecież przez wiele miesięcy pomagał mu w schadzkach z kobietą, której nie powinien spotykać. Świat był szalony, zupełnie tak jak głosiła to rodowa dewiza, a cynazyjczycy przebijali go na całej linii.</p>
<p>Obolały Gerovick obudził się w buduarze kochanki cynazyjczyka. To ponad wszelką wątpliwość dowodziło słuszności tej myśli jaką miał zanim stracił przytomność.</p>
<p>Świat był szalony.</p>
<p>Przeżył jednak. Szpada bowiem, jak się okazało nie przebiła niczego ważnego i młody doryjczyk miał szansę się z całej sprawy wykpić. Gdyby oczywiście nie obiecał sobie zabić dandysa!</p>
<p>Porada szósta „Tylko zemsta uratuje twój honor”</p>
<p>W sumie nie warto opowiadać całego ciągu zdarzeń, które doprowadziły Gerovicka na pole walki wczesnym rankiem ledwie pół roku po tym jak go z niego zniesiono „na tarczy” (choć żadnej nie było wówczas nawet w pobliżu!). Warto jednak powiedzieć sobie jedno. Młody DorReva miał tym razem więcej szczęścia niż mu przysługiwało w zapisach niebiańskich (jakby poprzednio również go nie miał!).</p>
<p>Cynazyjczyk, władający bronią lżejszą, ale też zadającą słabsze rany zdołał go w szybkim tempie porządnie pokrwawić, unikając do tego wszelkich wysiłków doryjczyka mających na celu poprawienia mu urody.</p>
<p>Tym jednak razem nawet doświadczony szpadzista przyznać musiał, że Gerovick radzi sobie lepiej. Nie da się po prostu nadziać na „rożen”. Znał już pchnięcie i dzięki dość brawurowym zasłonom, udawało mu się go unikać. Raz po raz.</p>
<p>Cynazyjczyk tańczył. Jak dotąd bez szwanku. Nie wiedział jednak biedaczek o tajemnej prawdzie wynalezionej w jego ojczyźnie, a zwanej ponuro „rachunkiem prawdopodobieństwa”. Nie da się w nieskończoność unikać trafienia! Kto nie wierzy, niech policzy. NIE DA SIĘ! Wreszcie przyszedł TEN moment i nawet doświadczenie nie wystarczyło na upartego rodyjczyka. Szpadzista oberwał. Cięcie rapierem przez obojczyk, całkowicie nieeleganckie ale skuteczne, pozbawiło go chęci do dalszej walki.</p>
<p>Porada siódma „Rozsądek jest dla tchórzy”</p>
<p>Gdyby Gerovivk był bardziej doświadczony, to pewnie obaj by przeżyli, ale on wiedział tylko że za kilka miesięcy, kiedy cynazyjczyk dojdzie do siebie, może już nie mieć tego szczęścia. Tak więc zakończył tą sprawę ponawiając cios, symetrycznie przez drugi obojczyk, kończąc tym samym swoje zaangażowanie w nazbyt skomplikowany romans.</p>
<p>Wyzwolony w końcu od wszelakich zobowiązań, Gerovick mógł właściwie wracać do domu, tylko że w domu nie czekało go nic nowego. Mógł jednak podjąć się próby zmiany swojego życia.</p>
<p>Podjął się!</p>
<p>Był z tym, jak z niemal wszystkim co zdarzyło mu się od śmierci siostry, spory problem. Problem zresztą się nie zmienił. Stanowiła go rodzina. Mógł wybrać karierę dyplomatyczną, seminarium, albo armię! Z tym że mając rodzinne związki z wicekrólami Doru byłby z zasady podejrzewany o szpiegostwo. A w seminarium niewątpliwie znalazłby się pod opiekuńczymi skrzydełkami Biskupa DorReva, od tak dla zasady. Co pozostało? Armia. Mając tak bogaty wybór, po ciężkim namyśle, wybrał armię.</p>
<p>I po raz pierwszy od naprawdę dawna, miał prawdziwe szczęście. Nie wymknął się śmierci, nie wspomogła go tajemnicza nauka zwana rachunkiem prawdopodobieństwa. Po prostu miał szczęście.</p>
<p>Pewien metalurg i rusznikarz kordyjski, Abigens VonKlutz, wynalazł bowiem karabin. Pod tą nazwą należy rozumieć muszkiet z gwintowaną lufą. Brzmi to jak mała niezwykłość, bowiem broń taka była już znana od dawna, używana przez nielicznych zapaleńców, którzy uważali że mają czas na wkręcanie naboju do lufy. Jednak Karabin VonKlutza był czymś nieco innym.</p>
<p>VonKlutz zdobył bowiem (zamówiony przez kogoś innego, ale to nie ma większego znaczenia przecież) raport cynazyjskich badaczy z Akademii Umiejętności na temat walki żołnierzy Dominium z Deviriami, oraz o tym że potrafią one urokami psuć broń. Raport stwierdzał że dobre wyniki uzyskiwano oddając salwę z dużej odległości (pojawiała się tam magiczna chyba liczba trzech salw jakie oddawało się do deviria z dużej odległości zanim do walki nie wkraczała ciężka piechota, konnica i inne wojsko). Jednak muszkiety mają zasadniczą wadę. Niezbyt wielki zasięg. VonKlutz pomyślał więc o gwintówkach. Jednak czas ich ładowania był zdecydowanie za długi. Opracował więc wymienną lufę (właściwie to opłacił wykonał rysunki z pomocą całego Uniwersytetu w Grande), oraz wykonał specjalne obejmy i nadał lufie graniasty kształt by pasowała wyłącznie do jednego położenia (tak naprawdę to zlecił pracę Nordyjskim metalurgom). Ten więc (międzynarodowy) wynalazek VonKlutza stanął za karierą wojskową Gerovicka DorReva.</p>
<p>Żołnierze, tak zwani karabinierzy, wyposażeni w broń o drewnianym stylisku, ruchomych obejmach i połączonych metalowym prętem śrubach mocujących, oraz wymiennych gwintowanych lufach, byli w stanie oddać trzy strzały (znowu ta magiczna liczba, której znaczenie dyskutowane było na forum naukowym przez lata, aż do dnia dzisiejszego zresztą), po czym poszukać sobie bezpiecznego miejsca na ponowne załadowanie tych luf (od tyłu było to bowiem łatwiejsze). Problem polegał na tym, że karabinierzy nie byli w stanie oddalić się na wystarczającą odległość od rejonu walk. I tu objawił się geniusz logistyczny (a może obłęd logistyczny, ciężko powiedzieć) generalicji imperialnej armii Kordu. Nakazali bowiem by karabinierzy byli konnymi żołnierzami.</p>
<p>Tak właśnie powstał pułk (po co ryzykować bardziej) Karabinierów Konnych. Pułk z założenia miał być ochotniczy i złożony z wielu nacji, ale to się nie udało. Ani ochotników, ani różnych nacji. Stał się więc Doryckim Zaciężnym Pułkiem Karabinierów Konnych.</p>
<p>Gerovick został tam podoficerem.</p>
<p>Pułk wysłano, na próbę (tak mówiono, ale żołnierze nie mieli złudzeń – na wykrwawienie) do Kathardu. I co się okazało? Okazało się mianowicie, że niezwykle mobilny konpułk (na konarmię to był za mały) doskonale się sprawdzał w walce ze stworami które należy ostrzelać i z daleka obserwować efekty, a pod żadnym pozorem się do nich nie zbliżać. Kilka potyczek i Kathard się poddał, choć pewnie to nie najlepsze słowo.</p>
<p>Generalicja, będąc pod wrażeniem konpułku, przeniosła go do Doru, gdzie akurat ponownie „rozpaliły się” (oficjalnie stało tak w rozkazach) iskry buntu. W swym geniuszu, generałowie zapomnieli że Pułk był zaciężny, bo zaciągano do niego (może nie siłą, ale pod przymusem) doryjczyków. Niezbyt szczęśliwe miejsce wybrano więc na przebazowanie.</p>
<p>Kiedy konpułk został ruszony do rozpędzenia doryjskich „buntowników”, żołnierze nie wykazywali specjalnego entuzjazmu. Sam Gerovick miał rozterki. W Dorze miałby strzelać do krewnych.</p>
<p>Znowu kłopoty z rodziną!</p>
<p>Gerovick nie zdecydował się na strzelanie do krewnych. Ktoś zdecydował za niego. Pułkownik Eritha dorÜren, podająca się za doryjkę (blondynka o błękitnych oczach niespecjalnie wygląda na doryjkę, ale kiedy się widziało jak robi mieczem, to wątpliwości już się tu nie mieszczą), na widok doryjskich rycerzy przeszła na ich stronę, wraz z prawie dwustoma żołnierzami.</p>
<p>Gerovick, będąc jej bezpośrednim zastępcą powinien był ją powstrzymać! Strzelić, albo chociaż udać że strzela. Ale nie potrafił strzelić kobiecie w plecy. Nieważne kim była. Nadal jednak był żołnierzem, więc wydobył karabin. Usłyszał szczęk broni. To porucznik, jedyny chyba kordyjczyk w całym konpułku. Zarozumiały bubek, zdolny do wszystkiego byle tylko awansować.</p>
<p>DorReva przyglądał się jak poruczniczyna z bożej łaski podnosi broń do ramienia. Niemal bezwiednie Gerovick uniósł karabin i z przyłożenia odstrzelił swego zastępcę. Szok w oddziale pozwolił mu zmienić lufę w broni i przeładować ją.</p>
<p>Oddział zrozumiał!</p>
<p>Odbył się sąd polowy. W Dorze. Właściwie nie było szans by doryjczycy skazali Gerovicka za to co zrobił. Nikt jednak nie chciał uwierzyć że Kapitan nie jest ukrytym szpiegiem, że jego dowódca nic mu nie powiedziała.</p>
<p>Tak więc obecnie pozostaje bez przydziału!</p>
<p>Ironia losu. Znowu ma kłopoty z rodziną. Gdzie się nie obrócić jakiś krewny. I właściwie nie wiadomo czy patrzą na ciebie z potępieniem czy może&#8230; podziwem!</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://angmar.adminbros.com/?feed=rss2&amp;p=222</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Spowiedź Sery</title>
		<link>http://angmar.adminbros.com/?p=219</link>
		<comments>http://angmar.adminbros.com/?p=219#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 06 Nov 2009 07:01:23 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Endaer</dc:creator>
				<category><![CDATA[Szpadą i Devirią]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://angmar.adminbros.com/?p=219</guid>
		<description><![CDATA[Sareena Krie dhu Le’Ghae’Ruaeg alias Sera de la Rue. Owszem, dobry Księże, dobrze widzisz, pochodzę z Nordii. I co z tego? Owszem, wiem że jest późno, ale czy nie wysłuchasz mej spowiedzi? No właśnie. Pochodzę więc z Nordii i urodziłam się ponad pół wieku temu, w niezbyt zamożnej, ale szczęśliwej, na ile to możliwe w [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><span style="text-decoration: underline">Sareena Krie </span><span style="text-decoration: underline">dhu Le’Ghae’Ruaeg </span><span style="text-decoration: underline">alias Sera de la Rue.</span></p>
<p>Owszem, dobry Księże, dobrze widzisz, pochodzę z Nordii. I co z tego? Owszem, wiem że jest późno, ale czy nie wysłuchasz mej spowiedzi? No właśnie.</p>
<p>Pochodzę więc z Nordii i urodziłam się ponad pół wieku temu, w niezbyt zamożnej, ale szczęśliwej, na ile to możliwe w Nordii, rodzinie ziemiańskiej. Nie posiadamy tytułu godnego uwagi, a mój ojciec i brat obywają się zwykłym „Kawalerem”. Nie miało to znaczenia. Mój dziad, za jakieś tam zasługi na Agaryjskim froncie otrzymał nadanie całkiem sporego kawałka ziemi i na nim gospodarujemy.</p>
<p>W tamtych czasach żyłam z Ojcem i młodszym bratem Erdilem. Matka zmarła przy jego porodzie. Cóż się tak patrzysz dobry Księże, nawet Nordyjczycy umierają, a sam wiesz najlepiej jak źle śmierć na nas wpływa. Nie pamiętam jaki był ojciec przed jego narodzeniem, ale później był bardzo zgaszony. Wciąż siedział w gabinecie i coś pisał.</p>
<p>Gdy miałam 15 lat, smutna atmosfera mego domu wygnała mnie w świat, a dokładnie do Cynazji, na nauki. Wiadomo, że tam są najlepsze uniwersytety. Myślałam zostać artystką, jak moja matka, ale Bóg w swej mądrości poskąpił mi talentów w tej dziedzinie. Potrafiłam patrzeć, ale nie potrafiłam przenieść tego co widzę na płótno, ani na papier. Nic to, rozpoczęłam nauki pod okiem mentora, starszego ode mnie Cynazyjczyka Dorena de Bruille. Dopiero później dowiedziałam się że jest Księciem, ale wówczas nie miało to znaczenia. On miał już za sobą 10 lat nauki i był bakałarzem, a ja jego uczennicą.</p>
<p>Powiadacie panie że nie rozmawiał ze mną zbyt wiele? No, owszem, na początku, ale widzicie Księże, nie jestem nieładna. Nie widzicie nic przez kratki konfesjonału? No tak, więc opowiem. Mam śniadą, jasną skórę i kręcone włosy, tak czarne, że niemal fioletowe, albo może tak fioletowe, że aż czarne? Nie wiem, zawsze mnie to zastanawiało. Ale uwagę zwracają moje oczy. Zielone jak szmaragd ze złotymi plamkami. Nie da się w nie spojrzeć i ich zapomnieć. Może to wada w mojej pracy, ale to chyba najpiękniejsze oczy jakie kiedykolwiek widziałam. Księciu Dorenowi się podobały (buzię Sery rozjaśnia uśmiech widoczny nawet przez szczeble konfesjonału; Ksiądz choć przerażony też jest pod wrażeniem). Tak, tak. Podobały się. Tyle, że twarz jednak zdradza pochodzenie Nordyjskie, co do tego nie ma wątpliwości. Pytasz panie czemu jestem taka otwarta? Odpowiem, że mój ród żyje poza Milczącymi Górami, na wybrzeżu, gdzie hodowaliśmy konie, kiedyś. Tak, nawet Nordyjczycy są różni.</p>
<p>Lecz powróćmy do Księcia. Tak, byliśmy kochankami, przez moment. Nie byłoby możliwe, by pojął kobietę taką jak ja, więc powróciłam do domu. Były to czasy ciężkie, bowiem brat mój rozpoczął nauki by zostać Księdzem. A czemu nie? Czyż Nordyjczycy, przynajmniej niektórzy, nie są karianitami?</p>
<p>Mijały lata, sporo ziemi zostało sprzedane by wykształcić mnie i mego brata. Pozostał dworek, nieco łąk przyległych do niewielkiego lasku i kawał kamienistego wybrzeża. Byliśmy w stanie utrzymać się jedynie dzięki temu co zarobił mój brat. Wtedy dowiedziałam się o ślubie mego dawnego przyjaciela Księcia de Bruille, o narodzinach jego córki i śmierci jego młodej żony. Wielkim było moje zdziwienie, gdy mnie zaprosił bym zajęła się jego córką.</p>
<p>Doren postarzał się. Choć miał ledwie lat 40 wydawał się znacznie starszy i złamany, całym jego życiem była dziewczynka, Sera (nie śmiem podejrzewać że imię odziedziczyła po mnie raczej, niż swoich przodkach), którą znam od kołyski. Z czasem stała się dla mnie przyjaciółką i powierniczką, tak jak ja byłam jej powierniczką. Wydaje mi się że byłam szczęśliwa. Pytasz czy przeklęci Nordyjczycy mogą być szczęśliwi? Nie wiem. Nie interesuje mnie drążenie w przeszłości, ani próby odsłonięcia zamysłów Boga, zresztą odkąd znam całą prawdę o sobie, wiem dokładnie że nic mi już nie pomoże. Ale wyprzedzam fakty i mylę opowieść.</p>
<p>Opiekując się Serą de Bruille zarobiłam dość pieniędzy by dokupić do posiadłości więcej ziemi i wydzierżawić ją wolnym chłopom, dzięki czemu nie musimy już opierać się wyłącznie na pieniądzach mego brata.</p>
<p>Jak mówiłam czas leciał. Moje życie należało wówczas do Dorena i Sery de Bruille, którzy choć nie byli moją rodziną, zdawali się prawdziwsi niż krewni Nordyjczycy. Wstrząs nadszedł, gdy zmarł Doren de Bruille, mając 70 lat. Stojąc nad jego grobem, otaczając ręką jego już trzydziestoletnią, zamężną córkę, doznałam czegoś więcej niż tylko wstrząs. Byłam długowieczna, piękna i przeklęta, a nic nie zrobiłam dla swego odkupienia. Nie Księże, nie jestem Karyjką, ogień wiary nie płonie w moich oczach, ale jestem wierzącą karianitką.</p>
<p>Trafiłam do wojska w Agarii. Oczywiście nie jako żołnierz. Mało kto chciałby walczyć u mego boku, ale Zwiadowcą, tak. Moje wiejskie wychowanie, znajomość szlaków i lasów, odporność na ciosy i radość z samotności doskonale pasowały do tej właśnie roli. O tak widzę twoje oczy, mości Księże, nie wierzysz bym choćby i w Zwiadzie była akceptowana. Może, ale przynosiłam rzetelną wiedzę i miałam dar. Potrafiłam podejść do elfów, coś im zabrać i wrócić. Zupełnie jakbym była przez nich niezauważana. I znów, dziś wiem czemu tak się działo, lecz wówczas, traktowałam to jak dar, znak, że być może nie wszyscy jesteśmy skazani na potępienie i objęcia Kusiciela&#8230; Znów wyprzedzam fakty.</p>
<p>W wojsku, zwłaszcza w Agarii, gdzie walczy się dla samej tylko walki, skuteczność doceniana jest znacznie bardziej niż by się wydawać mogło. Awansowałam. Na porucznika. Tak Księże, nawet Zwiadowcy potrzebują oficera, by im wskazał co zrobić. Tak wierzę że słyszałeś opowieści. „Idźcie i znajdźcie”, ale kto ma wskazać dokąd iść i czego szukać. No właśnie, sam widzisz, oficer, czyli ja. Mając żołd porucznika mogłam wspomóc rodzinę, co wówczas wiele dla mnie znaczyło. Przez dziesięć lat walczyłam w Agarii, aż wreszcie obdarzono mnie przydomkiem Krie, nie wiesz co to znaczy, bo to po Nordyjsku. Tak wiem, że nie wiesz &#8230;., może ci powiem (do MG; hipotetycznie Krie znaczy Wilk, przez oczy i skuteczność) &#8230;, a może i nie. Chyba nie, nie ma to znaczenia. Dość że doceniłam ten gest.</p>
<p>Czy miałam przyjaciół? Och, ależ wy jesteście niezwykli &#8230;, ale tak. W obozie był tylko jeden Nordyjczyk, zwykły żołnierz, ale Nordyjczyk, jedyny, który w żaden sposób nie obawiał się kontaktów ze mną. No, nie różnił się od innych, ale był zaufany, ciekawe co się z nim dzieje?</p>
<p>Wracając do opowieści. Miałam już prawie 70 lat, co rzecz jasna niewiele zmieniało i byłam szczęśliwa, na ile się da oczywiście, gdy mój świat się załamał. Zmarł mój Ojciec. Na Zarazę. No cóż tak się patrzysz? No tak wiem co mówią, że Nordyjczyków choroby się nie imają, ale raz już ci powiedziałam, różni są Nordyjczycy, choć wyglądają tak samo.</p>
<p>O jego śmierci dowiedziałam się z listu brata, który oddal mu ostatnią posługę. Było to wstrząsające i straszliwe. Śmierć dla Nordyjczyka znaczy przekleństwo, objęcia Kusiciela i karę za winę którą jest obciążony, a której sam nie popełnił.</p>
<p>Wydaje się że zaczęłam się wówczas zachowywać inaczej. Kilku żołnierzy wzięło w twarz, a ja narażałam się na zbędne ryzyko i często tylko umiejętność odpędzania złego, jaką miał Wenclas (tamten żołnierz Nordyjski), uchroniło mnie od zguby.</p>
<p>Zaczęły się plotki że przyciągam Ciemność, ale ja byłam jak w malignie, obojętna na plotki, na znak krzyża wykonany w moją stronę, na obecność Karyjskiego Inkwizytora również.</p>
<p>Nie był to jednak koniec. Dostałam bowiem listy. Dwa. Jeden od jakiejś „przyjaznej duszy”, której nie znam, a drugi od ojca. Pierwszy zawierał jadowite słowa: „Pomiocie Devirii, usuń się z drogi, albo zostaniesz oczyszczona w ogniu wiary”, który to list nie był nawet podpisany. List od Ojca jednak był niemal równie straszny, bowiem odkrywał rodzinną tajemnicę.</p>
<p>Prawie trzysta lat temu, w Agarii mój przodek pojmał elfkę. Czemu nakazano mu ją odwieźć do przesłuchania, czemu jej nie zgładzono, czemu? Nie wiadomo. Tajemnica przeszłości. Ale Oni nigdy nie dotarli na miejsce. Ojciec pisał, że piękna Deviria uwiodła mego przodka, zapewne w nadziei ucieczki. Nie doceniła jednak krwi Rodian płynącej w jego żyłach. Ojciec nie śmiał wysunąć przypuszczenia że elfka zakochała się w mym przodku, ale można to było wyczytać między wierszami (wszak przynajmniej raz miało to miejsce). Jakkolwiek by było Elfka powiła memu przodkowi syna, a ten miał dzieci, aż do mnie. Tak Księże, podwójnie przeklęta, Nordyjka nosząca krew devirii. Pytasz co mnie jeszcze trzyma przy życiu? Co mną kieruje? Odpowiem ci. Dwie rzeczy. Ciekawość; kim była „przyjazna dusza”, która obiecała rozgłosić tajemnice, jaką znać mogą tylko pierworodni mego rodu? To, oraz przyjaźń Księżnej Sery de Bruille.</p>
<p>Pozwól jednak Księże spowiedniku że dokończę moją opowieść. Potem będziesz mógł mnie wyprowadzić z tego przybytku Jedynego i może wezwać Inkwizytora. Zgodzisz się? Czy twoja wiara jest tak silna by nie obawiać się potencjalnych czarów jakie mogę na ciebie rzucić? Widzę że się wahasz odkąd wspomniałam o czarach. Ale nie bój się, nie władam mocą Ciemności i nadal wierzę w Jedynego, tak przynajmniej sądzę.</p>
<p>Cóż. Stało się tak, że po odczytaniu listu od Ojca (który nawiasem mówiąc nadal noszę ze sobą zamknięty w podwójnej ściance manierki), straciłam zmysły. Na środku obozu, tam gdzie stałam. Ocknęłam się natomiast poza obozem. Koło mnie leżały moje rzeczy, a nade mną stał Nordyjski podwładny, najwyraźniej to on mnie tu przyniósł.</p>
<p>Z obawy przed Inkwizytorem z Kary, nie odważyłam się powrócić do obozu. Kiedy leżałam bez zmysłów, powalona niby magicznym sposobem, każdy mógł odczytać te listy. Dosłownie każdy mógł znać moją Tajemnicę. Czyż nie jest zrozumiałym, że wróciłam do domu? Choć może należy powiedzieć, że zaczęłam wracać do domu. Niejedną karczmę zaliczyłam, w niejednym lesie spędziłam, i miesiąc cały, w malignie przedzierając się przez krzaki, otoczona zwierzętami.</p>
<p>Do rozumu doszłam ledwie miesiąc temu. Jak? Dzięki Serze de Bruille, która nie dając ani wiary w mą skazę Ciemności, ani nie przywiązując do niej wagi rozpoczęła poszukiwania mnie, kiedy tylko doniesiono jej że znikłam z obozu. Myślę że muszę oddać jej ten dług najlepiej jak potrafię.</p>
<p>Tak Księże, skończyłam. Czujesz się zbrukany? Zapewne. Ale wyobraź sobie jak ja się czuję, opowiadając historię mego życia właśnie tobie. Tak. Odprowadź mnie, chcę jeszcze złożyć datek na poczet czystości twego kościoła.</p>
<p>Macie piękne Odrzwia. Rzeźbione, pokryte obrazami Rodian oddających cześć Jedynemu w czasach gdy byli czyści. &#8230; Czemu wytrzeszczasz oczy? Czy mój sztylet w twym płucu ci przeszkadza? Wybacz, ale przyznaj, uczciwa spowiedź czyni mnie znacznie uczciwszą niż ciebie, który złamałeś tajemnicę spowiedzi. Nie bądź taki przerażony. Jeszcze chwila a porozmawiasz ze stwórcą. Pozwól mi że zaprowadzę cię w tamte krzaki. Chętnie zapewne usiądziesz. O właśnie. A teraz posłuchaj. Jeszcze możesz z tego wyjść, przynajmniej tak mi się wydaje.</p>
<p>Powiedz mi proszę komu wydałeś Hrabiego de Angelou, męża mojej przyjaciółki??</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://angmar.adminbros.com/?feed=rss2&amp;p=219</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
