Odświeżona i przyjemnie odprężona po wizycie w Pawilonie Herbacianym udałam się do swojego pokoju mając nadzieję na zaznanie chociaż odrobiny snu. Jednak nie danym mi to chyba było, bowiem na moim posłaniu znalazłam list od Sue-sama. Nie pomnę teraz dokładnej jego treści a i nawet nie mam jak sobie jej przypomnieć bowiem zaraz po zaznajomieniu się z jego zawartością zniszczyłam wiadomość, by nikt prócz mnie nie mógł jej poznać, ale pomiędzy zgrabnie wypisanymi pociągnięciami pędzla poznałam rąbek tajemnicy małżonki mego daimyo i poczułam jak bardzo dużo zmartwień spoczywało na barkach tej kobiety. Chciałam przejść się po murach strażnicy, by ochłonąć z tego, czego się dowiedziałam z lektury listu, jednak z mego zamyślenia wyrwał mnie zatrważający krzyk Pani Nomura.
Zły sen nawiedził jej myśli i wybudziła się z niego cała zatrwożona. W jej sennych majakach ukazał się bowiem obraz jakiejś walki toczącej się na jej oczach i rzeki spływającej karmazynową posoką. Coś, podczas tego snu wciągało ją pod wodę, topiło i dusiło jej zmysły pozbawiając przytomności. Koszmarny ból tortur i znęcania się nad jej senną cielesną powłoką wybudził ją z tego koszmaru. Kiedy dobiegłam do komnat Nomura-sama i dowiedziałam się co się stało, usłyszałam z jej zlęknionych ust, iż wizja, która nawiedziła ją podczas nocnego odpoczynku mogła być przepowiednią przyszłości, opowieścią o przeszłości bądź też krótkim wyrywkiem tego, co właśnie mogło się dziać z jej córką, Risako-sama, uprowadzoną w nieznanym nam kierunku bądź celu. Ponieważ i tak zbliżała się pora na to, bym objęła swoją wartę przed pokojem Masayoshi-sama, zostałam na prośbę Sue-sama przed drzwiami jej komnaty, by być w pobliżu w razie takiej potrzeby.
Nie mogąc już zasnąć, Pani Nomura zechciała przespacerować się po balkonie. Chcąc wypełnić jej prośbę odpowiednio, stanęłam sobie w zasięgu wzroku, niedaleko wyjścia, by móc w każdej chwili znaleźć się przy swej Pani. W pewnym momencie dostrzegłam jakiś cień zwierzęcia unoszący się niemal nad nami. Starałam się dosięgnąć to coś, co się pojawiło przed mymi oczami, ale było dla mnie zbyt daleko. W ułamku sekund rozegrała się cała sytuacja i mogłam tylko obserwować niczym przez cienki papier fusuma jak Sue-sama porywana jest przez cienistą zjawę i odlatuje w powietrzu poza zasięg mego miecza czy też rąk. Nie wiedzieć skąd pojawił się na balkonie Mogami-san. Nie dostrzegając innej opcji sięgnął pod poły swego kimona i wyciągnął spod niego łuk i strzałę wymierzając w cienistą istotę. Jednak mimo iż grot dosięgnął zjawy, nie zrobił jej nic, co by spowodowało, że choćby zwolniła czy obniżyła wysokość na jakiej oddalała się coraz bardziej od nas. Nic więcej nie mogliśmy zrobić jak tylko obserwować znikającą coraz bardziej plamę ciemności w mroku bezgwiezdnej niemal nocy. Dostrzegłam dopiero w tym momencie, gdy Bayushi chował swój łuk na swoje miejsce, iż nie był to zwykły całkiem wyrób. Wiedziałam co to jest, chociaż nigdy wcześniej w rzeczywistości nie miałam okazji tego ujrzeć. To był łuk, którym posługiwali się wojownicy ninja, istoty, ludzie, o których krążyły tylko legendy wypowiadane szeptem, choć z przymrużeniem oka. Kim był w takim razie nasz towarzysz, skoro wydawał się nam tak bardzo realnym i rzeczywistym? I dlaczego w dłoniach tak przystojnego mężczyzny o obliczu awatara kami znajdowało się narzędzie znane mi tylko z opowiadań i bajań, którymi przestrzegano co bardziej pochopnych śmiałków przed nierozważnym postępowaniem. Zachowałam jednak tą wiadomość dla siebie nie wiedząc za bardzo co powinnam o tym myśleć.
Przyszedł czas na zdanie raportu memu Panu. Ciężko było opowiedzieć co się wydarzyło, bowiem cała sytuacja rozegrała się w zaledwie parę mrugnięć powiekami. Zaskoczyła mnie jednak reakcja mego daimyo. Zapytał się mnie, poprosił o radę do powinien dalej począć. Cóż mogłam mu odpowiedzieć? Ja, niewiele znacząca bushi, yojimbo, która nie mogła świecić przykładem, samurai-ko, która nigdy nie zaznała podobnych dylematów co On? Odpowiedzią na zadane mi pytanie mogła być tylko prośba skierowana w jego stronę, by podjęte przez niego decyzje, jakiekolwiek by nie były, nie zostały wydane pod wpływem chwili, lecz po spokojnym i uważnym zastanowieniu się. Mój Pan musiał mieć na względzie nie tylko swoje dobro, ale także swoich poddanych, których losy spoczywały na jego barkach. Musiał się na spokojnie zastanowić co dalej powinno się począć, jednak zostawił mi dość wolną rękę w tym, abym mogła doprowadzić całą sprawę do zakończenia.



Komentarze